Sondaże kłamią, budżet nie – czyli jak Polska żyje na kredyt.
Drogi Czytelniku,
od tygodni słyszysz w mediach te same komunikaty: Koalicja rządząca z rekordowym poparciem, Polacy zadowoleni z kierunku zmian, Polska wraca do Europy, pieniądze z KPO płyną szerokim strumieniem. Brzmi jak bajka, którą ktoś opowiada po to, byś zasnął spokojnie i nie zadawał pytań. Problem w tym, że pod tą kolorową kołdrą sondaży i propagandy coś śmierdzi. Śmierdzi długiem. I to takim, którego nikt już nie liczy, bo łatwiej jest udawać, że go nie ma.
Widzisz, sondaże w Polsce to nie odzwierciedlenie nastrojów społecznych. To narzędzie polityczne, które mierzy tylko jedno – skuteczność propagandy. Ludzie odpowiadają w nich nie tak, jak myślą, tylko tak, jak chcą się czuć. Chcą wierzyć, że są po stronie zwycięzców. Że ich wybór to rozsądek, nie emocja. I kiedy słyszą, że rząd ma poparcie czterdziestu procent, to przytakują, żeby nie wyjść na tych, którzy nie rozumieją świata. Tak tworzy się psychologia tłumu. Tak utrwala się iluzja stabilności.
Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Według Eurostatu Polska jest dziś drugim najszybciej zadłużającym się krajem w całej Unii Europejskiej. Dług publiczny przekroczył 58% PKB i w ciągu roku urósł o ponad sześć punktów procentowych. To nie jest efekt inwestycji, ani kosztów rozwoju. To efekt życia na kredyt. Państwo, które pożycza, by przetrwać, a ludziom mówi, że to strategia.
Wyobraź sobie rodzinę, która zarabia 6 800 zł miesięcznie. Tyle, ile państwo ma miliardów w przychodach, jeśli przeliczyć to na gospodarstwo domowe. Dochód przyzwoity – wystarczyłby, żeby żyć spokojnie, coś odłożyć, może zainwestować w przyszłość. Ale ta rodzina wydaje 7 400 zł. Co miesiąc pożycza brakujące 600, tłumacząc sobie, że to tylko na chwilę, że w przyszłym roku się odbiją. W końcu przecież trzeba żyć, a „wszyscy tak robią”. I tak właśnie działa Polska.
Za rządów PiS ta rodzina kupowała nowy telewizor, robiła drogie remonty i rozdawała prezenty całej rodzinie – trochę na pokaz, trochę z przekonania, że tak trzeba. Za rządów KO ta sama rodzina już nic nie kupuje. Ona pożycza, żeby zapłacić rachunki. Dług PiS-u był aktywny – dawał ludziom złudzenie wzrostu. Dług KO jest pasywny – daje tylko poczucie spokoju. Jeden obóz pożyczał z entuzjazmu, drugi z lęku. Oba żyją z pieniędzy, których nie mają.
Nie ma dziś w Polsce rządu, który potrafiłby powiedzieć: żyliśmy ponad stan, czas przykręcić kurek. Każdy woli mówić: to przez poprzedników. PiS zadłużał państwo, by kupić lojalność wyborców – i przy okazji rozpędził inflację. KO zadłuża państwo, by tej lojalności nie stracić – i rozpędza koszty obsługi długu. Różnica jest tylko w stylu, nie w treści. Jedni rozdawali, drudzy konserwują. Jedni karmili marzenia, drudzy karmią poczucie stabilności. A dług rośnie w obu przypadkach, tyle że dziś każda pożyczona złotówka kosztuje więcej.
Nie łudźmy się – dług w Polsce nie jest już narzędziem. On stał się ideologią. Stał się sposobem rządzenia. Zachodem tłumaczy się zadłużenie, jakby to był znak nowoczesności: „bo Francja też ma dług, bo Włochy też mają”. Tyle że Francja inwestuje w przemysł, a Włochy w turystykę. A my? My pożyczamy, żeby spłacać poprzedni kredyt i udawać, że żyjemy w normalnym kraju. Nie doganiamy Europy – my doganiamy jej błędy, tylko dziesięć lat później.
I wiesz, kto to wszystko spłaci? Nie Tusk. Nie Kaczyński. Nie ci, którzy dziś siedzą w sejmowych ławach i przerzucają się winą. Zapłaci pokolenie, które dorastało w świecie 500+, waloryzacji, tarcz i dopłat. Młodzi ludzie, którzy nigdy nie zobaczyli państwa bez deficytu, którzy nie wiedzą, co to znaczy, że „pieniędzy może zabraknąć”. Ich nauczyli, że państwo zawsze da. I oni będą tymi, którzy zrozumieją najboleśniej, że to kłamstwo. Bo to ich dzieci będą spłacać Polskę.
Cała klasa polityczna zasługuje tu na ten sam rachunek. PiS rozdawał, żeby rządzić. KO rozdaje, żeby utrzymać spokój. Lewica popiera, byle być przy stole, a Trzecia Droga nie wie nawet, po co przy tym stole siedzi. Wszyscy mówią o reformach, ale nikt nie ma odwagi ich wprowadzić. Bo każdy boi się rachunku – nie finansowego, tylko wyborczego. I dopóki społeczeństwo daje się kupić za własne pieniądze, dopóty nikt nie powie prawdy.
Nie ma znaczenia, kto wziął kredyt. Znaczenie ma to, kto go dziś zwiększa, wiedząc, że nie będzie w stanie go spłacić. Państwo działa jak każde gospodarstwo domowe: jeśli wydajesz więcej, niż zarabiasz, przychodzi rachunek. Tylko że państwo nie dostaje wezwania pocztą. Ono dostaje je w formie inflacji, podwyżek, słabszej złotówki i droższych kredytów. I to wezwanie, Drogi Czytelniku, płacisz Ty – nie premier, nie minister, nie sondażownia.
Bo może właśnie o to chodzi. Żebyś wierzył, że dług to tylko cyferki. Żebyś myślał, że wszystko jest pod kontrolą. Żebyś nie pytał, jak to możliwe, że kraj z rekordowymi wpływami z VAT-u ciągle ma dziurę w budżecie. Bo dopóki ludzie wierzą, że państwo żyje dla nich, a nie na ich koszt, dopóty można nimi zarządzać przez emocje.
Prawda jest banalna: Polska nie ma problemu z brakiem pieniędzy. Polska ma problem z tym, na co je wydaje. I dopóki to się nie zmieni, będziemy tylko krajem, który ładnie mówi o przyszłości, ale codziennie ją zastawia w lombardzie. Każdy rząd, który nie umie zrównoważyć budżetu, żyje z cudzych nadziei. Jedni wmawiają, że to inwestycja w dobrobyt, drudzy – że to cena demokracji. A ja powiem wprost: nie ma demokracji na kredyt. Bo kiedy kończą się pieniądze, kończy się też wybór.
To dopiero początek, Drogi Czytelniku. W kolejnym wpisie pokażę Ci, jak w tej samej logice długu buduje się dziś w Polsce coś, co nazywam demokracją emocji. System, w którym ludzie nie myślą o faktach, tylko o tym, jak się czują. Bo wtedy można nimi rządzić bez końca – byleby mieli poczucie, że to oni decydują.
Komentarze
Prześlij komentarz