Moje pomysły, moje chęci i Twoja ocena.
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Drogi Czytelniku,
To będzie długi wpis — i mówię o tym od razu, żeby nie było zaskoczenia. Minęło już kilka dni od debaty Bosak vs Zandberg (29 października 2025), a w międzyczasie zdążyło przewinąć się kilka mniejszych i większych afer, z najgłośniejszą próbą ataku mediów „proniemieckiej narracji” na red. Rymanowskiego. Szum jak zwykle robi swoje, wszyscy gonią za kolejnym trendem, a bardzo szybko zapominamy o tym, co naprawdę ważne.
A ta debata, Drogi Czytelniku, była ważna. Bo po raz pierwszy od dawna zobaczyliśmy na jednej scenie dwa bardzo różne spojrzenia na Polskę — prawicowe i lewicowe — zderzone wreszcie bez tekturowych kukieł, tylko w żywej rozmowie.
I dlatego dziś wracam do niej na spokojnie. Bez emocji, bez krzyku, bez przerzucania się memami. Chcę przejść temat po temacie, tak jak prowadził rozmowę Krzysztof Stanowski, i do każdego z nich dopisać trzeci głos — mój.
W każdym bloku zobaczysz:
-
co powiedział Bosak,
-
co mówił Zandberg,
-
co ja uważam, i dlaczego.
Nie skrótem, nie na szybko, tylko rzetelnie, z analizą wypowiedzi i własnym podsumowaniem.
Bo na koniec chodzi nie o to, żeby wygrać okrzykami, tylko żeby zrozumieć kierunek, w którym chcemy prowadzić Polskę. A więc zaczynamy.
Debata Bosaka z Zandbergiem miała pokazać dwa światy, ale tak naprawdę odsłoniła jedno – że ani prawica, ani lewica nie mają pojęcia, jak dziś żyje młody człowiek w Polsce. Zandberg znów mówił o tym, że państwo ma budować, bo deweloperzy to zło wcielone, że wystarczy plan i miliardy pójdą w beton, a młodzi dostaną mieszkanie jak nagrodę za cierpliwość. Bosak z kolei wjechał z receptą wolnorynkową – państwo ma się odsunąć, nie przeszkadzać, pozwolić budować, pozwolić zarabiać, pozwolić żyć. W teorii brzmi pięknie, ale w praktyce młody człowiek dalej siedzi w wynajętej kawalerce z meblościanką z PRL-u, zastanawiając się, czy w ogóle kiedykolwiek będzie go stać na własne cztery ściany. Bo państwo nic mu nie daje, a rynek niczego nie wybacza.
I tak siedzę i myślę: oni rozmawiają o nas, ale nikt z nich nie pyta, czego my potrzebujemy. Bo młody Polak nie chce łaski. Nie chce socjalu, ale też nie chce być zostawiony sam sobie. Chce systemu, który działa. Prostej drogi, którą da się przejść bez papierowego piekła i bez czterdziestoletniego kredytu na oddech. I właśnie o tym powinna być rozmowa o mieszkaniach.
W moim rozumieniu rozwiązanie nie leży po żadnej z tych stron. Państwo nie ma ludziom stawiać bloków, ale też nie może się rozgrzeszać słowami „niech rynek zrobi swoje”. Bo rynek nie jest instytucją charytatywną. Rynek robi to, na czym zarabia. A zysk na mieszkaniach oznacza, że dla młodego człowieka z powiatowego miasta mieszkanie staje się tak samo odległe jak podróż na Marsa. Państwo więc powinno działać, ale nie jako murarz, tylko jako organizator. To ono ma stworzyć mechanizm, w którym człowiek może normalnie wejść w życie, a nie prosić o pozwolenie.
Gmina ma ziemię, deweloper ma ludzi i sprzęt. Po co jedno sprzedaje drugiemu, żeby później odkupywać za podwójną cenę? Można to zrobić inaczej – gmina daje grunt, deweloper stawia budynek, a efekt dzielą na pół. Połowa mieszkań jest gminna, połowa prywatna. Gmina swoje mieszkania oddaje ludziom w najem albo w najem z wykupem. Bez pośrednictwa banków, bez prowizji i marż, które dziś pożerają połowę życia. Człowiek płaci gminie, a nie bankowi, spłacając realną wartość mieszkania, nie cudze premie i reklamy. A jeśli ktoś kupuje mieszkania hurtowo i trzyma puste, to po roku powinien zapłacić podatek od pustostanów. Bo mieszkanie nie jest trofeum. Mieszkanie jest miejscem do życia.
Druga część tego systemu to coś, czego dziś nikt w Polsce nawet nie próbuje – państwo, które nie tylko administruje ziemią, ale też pomaga ludziom budować od zera. Chcę, żeby KOWR przestał być magazynem nieruchomości, a stał się realnym operatorem procesu budowy. Młody człowiek przychodzi i mówi: chcę dom. KOWR ma mu pokazać listę działek, które można kupić lub przejąć. Ma też pomóc z nieruchomościami zapomnianymi, starymi, z bałaganem prawnym i wieczystym, z nieuregulowanym spadkiem. To państwo ma mieć narzędzia, żeby to posprzątać, a nie przerzucać odpowiedzialność na obywatela. Człowiek daje projekt, kosztorys, wykonawcę, geodetę, a KOWR przesyła całość do banku. Nie byle jakiego, tylko do banku, który też jest częścią tego systemu.
Bo nie ma sensu budować nowego kraju, jeśli dalej wszystko finansują zagraniczne instytucje, które zyski wynoszą z Polski. Dlatego chcę połączenia PKO BP i Pekao w jeden państwowy bank inwestycyjny – Bank Budowy Polski. To on ma finansować gminy, programy mieszkaniowe, inwestycje i infrastrukturę. To on ma obsługiwać te kredyty i spłaty, żeby pieniądz zostawał w kraju i pracował na kraj. Polacy mają spłacać Polskę, nie Frankfurt i nie Nowy Jork. A państwo ma wreszcie odzyskać kontrolę nad własnym kapitałem.
To wszystko ma działać razem – KOWR, gminy, państwowy bank i ludzie, którzy naprawdę chcą tu żyć. Nie chcę rozdawać mieszkań, chcę stworzyć system, w którym każdy, kto pracuje, płaci podatki i chce się tu zakorzenić, ma jasną ścieżkę. Bez cyrku z pozwoleniami, bez setek podpisów, bez czekania rokami na odpowiedź. To nie jest socjal. To jest inwestycja w ludzi. Bo mieszkanie to nie luksus, tylko początek normalnego życia.
I tu wracamy do tego, od czego zaczęliśmy. Lewica chce, żeby państwo cię prowadziło za rękę, prawica, żeby państwo się odwróciło i udawało, że problemu nie ma. A ja uważam, że państwo ma po prostu robić swoje – organizować, pilnować i pomagać ludziom budować własny los. Nie stawiać za nich ścian, ale też nie rzucać im cegieł i mówić: „radź sobie”. Bo Polska nie zbuduje się sama, a młodzi nie będą czekać wiecznie. Jeśli państwo nie da im szansy na normalny start, to po prostu znikną. I wtedy żadna lewica ani prawica nie będą miały już komu tłumaczyć swoich racji.
Debata zeszła potem na podatki i gospodarkę, czyli ten moment, w którym wszyscy zaczynają mówić mądrze, ale mało kto mówi uczciwie. Zandberg opowiadał, że trzeba więcej zabierać bogatym i korporacjom, że to oni mają utrzymywać państwo, bo tylko w ten sposób da się zapewnić równość. Bosak z kolei uparcie trzymał się swojej wolnorynkowej modlitwy: mniej państwa, mniej podatków, mniej długu, a wszystko jakoś samo się ułoży. Słuchałem tego i pomyślałem, że obaj żyją w teoretycznej Polsce. W jednej wersji państwo jest dobrodziejem, w drugiej pasożytem. A przecież w realnym życiu człowiek po prostu chce pracować, zarobić i mieć poczucie, że państwo go nie okrada, ale też że nie zostawi go na lodzie, kiedy potknie się o rzeczywistość.
Nie wierzę ani w święte państwo, ani w święty rynek. Uważam, że system podatkowy powinien być jak zdrowy organizm – prosty, przejrzysty i uczciwy. Nie może być tak, że przeciętny człowiek nie jest w stanie zrozumieć, ile i za co płaci. Dlatego mój pomysł jest banalny: dwa progi, zero sztuczek. Do dwustu tysięcy złotych rocznie podatek dziewięć procent, powyżej dwustu tysięcy dwadzieścia. I koniec. Kwota wolna od podatku zostaje, a jeśli gospodarka będzie się rozwijać, to ją zwiększamy, ale dopiero wtedy, gdy państwo ma z czego to sfinansować. Ulgi? Tylko te naprawdę potrzebne – dzieci, osoby niepełnosprawne, samotni rodzice. Reszta to tylko kocioł wyjątków i kombinacji, w którym gubi się sens systemu.
Nie wierzę w rozdawnictwo. Polska nie urośnie na kredytach, dotacjach i zasiłkach. Państwo ma wspierać, ale nie rozpieszczać. Wspierać tych, którzy pracują i chcą się rozwijać, a nie tych, którzy nauczyli się żyć z budżetu. Dlatego wszelkie socjale trzeba przełożyć na system, w którym pomoc jest powiązana z aktywnością. Pracujesz – korzystasz. Nie pracujesz – pomocy szukaj w urzędzie pracy, nie w kieszeni podatnika. To brutalne, ale uczciwe. Bo żaden naród nie stanie się silny, jeśli większość będzie czekać na przelew z budżetu.
ZUS to osobny dramat, z którego nikt nie ma odwagi wyjść, bo każda partia wie, że to mina polityczna. A jednak kiedyś ktoś musi to zrobić. Likwidacja ZUS nie może być rewolucją, tylko procesem. Ludzie tuż przed emeryturą mają otrzymać świadczenia tak, jak dziś, bo państwo ma obowiązek dotrzymać słowa. Ale ci, którzy mają przed sobą jeszcze wiele lat pracy, powinni mieć zupełnie nowy system. Każdy obywatel – i przedsiębiorca, i pracownik – ma mieć prywatne konto emerytalne, którego nikt mu nie tknie. To jego własność. Firma przekazuje składki na to konto, a człowiek sam decyduje, ile i jak odkłada. Państwo nie jest od zabierania, tylko od pilnowania, żeby pieniądze były bezpieczne. I tak jak przy ZUS-ie nikt już nie będzie słyszał, że „brakuje w kasie”, bo każdy będzie miał swoją kasę.
Dla tych, którzy już mają małe emerytury, trzeba wprowadzić minimalny poziom świadczenia – powiązany z płacą minimalną netto. Jeśli państwo podnosi minimalną krajową, to automatycznie rośnie też minimalna emerytura. I koniec kombinacji. Emeryt nie ma żyć na jałmużnie. Ma mieć pewność, że stać go na życie. Ale niech to będzie system równy dla wszystkich, bez dopłat, dodatków i dziwnych nazw, które mają tylko tuszować bałagan.
Co do firm – tu nie ma filozofii. Przedsiębiorca ma tworzyć miejsca pracy, nie tracić czasu na tony papierów. Każda działalność gospodarcza powinna być prowadzona na zasadzie „minimum państwa, maksimum zaufania”. Dziś mikroprzedsiębiorca jest traktowany jak złodziej, który jeszcze nic nie ukradł. Trzeba to odwrócić. Urząd ma pomagać, nie kontrolować dla sportu. A fiskus ma ściągać podatki od tych, którzy zarabiają naprawdę, a nie gnębić tych, którzy dopiero próbują stanąć na nogi. Prosty system, mniej przepisów, mniej biurokracji – to wystarczy, żeby gospodarka zaczęła oddychać.
A CIT, ten podatek od firm, który i tak wielkie korporacje potrafią ominąć, trzeba docelowo sprowadzić do poziomu minimalnego. Tak jak mówił Kukiz – nawet do jednego procenta, ale dopiero wtedy, gdy budżet będzie stabilny. I to wcale nie znaczy mniej pieniędzy dla państwa, tylko więcej, bo niskie podatki przyciągają inwestycje i tworzą miejsca pracy. A jeśli duża firma wchodzi do małego miasta i daje ludziom robotę, to przez pięć lat powinna płacić CIT o połowę niższy. To się po prostu opłaca. Państwo nie może bać się zarabiać na rozwoju, zamiast żerować na tych, którzy jeszcze mają odwagę inwestować.
I znów, Drogi Czytelniku, wracamy do sedna. Lewica wierzy, że państwo wszystko rozda i będzie dobrze. Prawica wierzy, że rynek wszystko naprawi i też będzie dobrze. A ja wiem, że jedno bez drugiego nie działa. Państwo ma być mądre, uczciwe i skuteczne. Ma zarządzać, nie żebrać. Ma działać, nie przekonywać. I ma wreszcie przestać traktować obywatela jak źródło dochodu albo klienta socjalu. Bo prawdziwa siła kraju nie bierze się z dotacji ani z ulg. Bierze się z ludzi, którzy chcą pracować, tworzyć i wiedzą, że ich wysiłek ma sens.
Kiedy w debacie padł temat emerytur, pomyślałem, że to jedna z tych spraw, o których wszyscy mówią, a nikt tak naprawdę nie chce ich ruszyć. Bo łatwo się mówi o „reformie ZUS-u”, dopóki nie trzeba jej zrobić. Lewica jak zwykle mówi o „godnym życiu seniorów”, prawica o „konieczności oszczędzania”, a w praktyce system dalej działa jak kula u nogi – ogromna, ciężka i coraz bardziej pusta w środku. Wszyscy wiedzą, że to się zawali, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć tego wprost. Ja mam. Bo nie ma sensu udawać, że da się łatać dziurawy worek. ZUS w obecnej formie to przeżytek. I każdy, kto ma odrobinę odwagi spojrzeć w dane, to wie. Ale nie da się go po prostu wyłączyć z dnia na dzień. To proces, który trzeba przeprowadzić mądrze, etapami i z poszanowaniem tych, którzy już całe życie w ten system wpłacali.
Dlatego uważam, że ludzie, którzy są tuż przed emeryturą, czyli w wieku ochronnym, powinni dostać to, co im państwo obiecało. Niech kończą w tym systemie, niech dostają świadczenia z ZUS-u, bo tak było umówione. Natomiast ci, którzy mają przed sobą jeszcze kilkanaście albo kilkadziesiąt lat pracy, muszą mieć nowy start. Ich składki nie mogą już iść do wspólnego kotła, który nigdy się nie zapełnia. Każdy obywatel – czy to prowadzący firmę, czy pracownik etatowy – ma mieć własne konto emerytalne, prywatne, chronione, do którego nikt nie ma prawa sięgnąć. Ani rząd, ani urząd, ani bank. To Twoje pieniądze i Twoja przyszłość. Firma, w której pracujesz, przekazuje składki bezpośrednio na to konto, a Ty sam decydujesz, ile chcesz dodatkowo odkładać. I nie interesuje mnie, czy ktoś nazwie to liberalizmem, czy eksperymentem. To po prostu uczciwość w czystej formie. Bo jak coś jest Twoje, to dbasz o to bardziej niż o wspólny kociołek, z którego każdy tylko nabiera.
Wiem, że są ludzie, którzy przez całe życie mieli niskie zarobki, i że nie każdy będzie w stanie odkładać dużo. Dlatego najniższe emerytury muszą być powiązane z płacą minimalną netto. Jeśli państwo podnosi pensję minimalną, to automatycznie rośnie też minimalna emerytura. Nie może być tak, że ktoś, kto przepracował życie, dostaje świadczenie, za które nie przeżyje miesiąca. Ale to musi być system prosty i równy, bez tysiąca dodatków, dopłat i dziwnych nazw, które mają tylko ukryć fakt, że emerytura jest głodowa. Równe zasady dla wszystkich – minimalny poziom godności, a reszta zależy od tego, jak sam o siebie zadbasz. Bo w tym też jest sprawiedliwość – żeby nagradzać odpowiedzialność, nie cwaniactwo.
ZUS to nie tylko emerytury, to też sposób myślenia, że państwo wie lepiej, co zrobić z Twoimi pieniędzmi. I to trzeba przerwać. Bo jeśli ktoś prowadzi własną firmę i sam pracuje na siebie, to nie potrzebuje przymusowego opiekuna, tylko przejrzystych zasad. Niech przedsiębiorca decyduje, jaką składkę chce płacić i jak buduje swoją przyszłość. Niech państwo mu nie przeszkadza, tylko daje gwarancję, że jego środki są bezpieczne. Bo w dzisiejszym systemie człowiek płaci całe życie, a i tak dostaje informację, że „ZUS nie ma pieniędzy”. To jakbyś odkładał do skarbonki, a ktoś Ci codziennie wyciągał garść monet i mówił, że to dla Twojego dobra.
I jeszcze jedno, Drogi Czytelniku – trzeba wreszcie skończyć z mitologią, że każdy ma prawo do wszystkiego. Nie, nie ma. Pomoc państwa musi być powiązana z odpowiedzialnością. Dlatego wszystkie programy socjalne powinny działać według zasady: pracujesz – dostajesz, nie pracujesz – szukasz wsparcia w aktywizacji, nie w gotówce. Świadczenia mają być dla tych, którzy chcą się podnieść, a nie dla tych, którzy zrobili z pomocy sposób na życie. Jeśli mamy finansować państwo opiekuńcze, to takie, które pomaga ludziom stanąć na nogi, a nie leżeć wygodniej. Bo inaczej nigdy nie wyjdziemy z błędnego koła zależności i pretensji.
To, co proponuję, nie jest utopią. To powrót do zdrowego rozsądku. System, w którym państwo nie traktuje obywatela jak dziecka, tylko jak dorosłego partnera. W którym nie udaje się, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko „znajdziemy dodatkowe miliardy”. Nie znajdziemy. Ale możemy zbudować coś, co działa. Prosty, uczciwy system, w którym każdy wie, na co idą jego pieniądze, i ma wpływ na swoją przyszłość. I właśnie tak rozumiem nowoczesne państwo – nie jako opiekuna, nie jako lichwiarza, tylko jako organizatora, który pomaga ludziom żyć normalnie, bez strachu, że na starość zostaną z niczym.
Bo prawdziwe państwo to nie takie, które mówi, że się Tobą zajmie. To takie, które daje Ci narzędzia, żebyś sam mógł o siebie zadbać.
Kiedy w debacie padły słowa o polityce społecznej, miałem wrażenie, że znów słyszę ten sam stary refren. Lewica mówi o równości, o godnym życiu, o tym, że państwo ma obowiązek „zapewnić”. Prawica z kolei powtarza jak mantrę, że „trzeba obniżać podatki, żeby ludzie sami sobie poradzili”. I znów — jedna strona widzi obywatela jak dziecko z wodogłowiem, które trzeba wychowywać i prowadzać za rękę, druga jak dorosłego, który nie potrzebuje niczyjej pomocy, nawet jeśli leży z zawałem serca na chodniku przy przystanku autobusowym. A ja patrzę na to inaczej. Bo wiem, jak naprawdę wygląda życie w Polsce. Wiem, co to znaczy pracować po kilkanaście godzin dziennie, żeby utrzymać rodzinę. Wiem też, co to znaczy mieć wrażenie, że państwo nie tylko nie pomaga, ale wręcz robi wszystko, żeby Ci przeszkodzić. I wiem jedno: system społeczny w Polsce nie potrzebuje więcej pieniędzy. Potrzebuje więcej sensu.
Nie wierzę w politykę „dawania za nic”. Każda pomoc, nawet najlepsza, jeśli nie jest mądrze zaprojektowana, staje się trucizną. Daje złudzenie bezpieczeństwa, a w rzeczywistości uzależnia ludzi od państwa. Dlatego wszystkie programy socjalne trzeba przemyśleć od nowa. Nie zlikwidować, ale zredefiniować. Bo dziś pomoc często trafia nie tam, gdzie powinna. Ludzie, którzy naprawdę chcą pracować, toną w biurokracji, a ci, którzy dawno się poddali, dostają przelewy bez pytania. To nie jest sprawiedliwość. To absurd. Pomoc państwa musi być związana z aktywnością. Pracujesz – korzystasz, rozwijasz się – zyskujesz, uczysz się – masz wsparcie. Tylko wtedy system jest uczciwy.
Tak samo trzeba podejść do demografii. Lewica mówi, że trzeba inwestować w żłobki, przedszkola, programy wspierające matki. Prawica mówi, że trzeba „odbudować tradycyjną rodzinę”. Jedni chcą pieniężnych transferów, drudzy moralnych kazań. A tymczasem problem jest głębszy. Młodzi ludzie nie decydują się na dzieci nie dlatego, że im się nie chce, tylko dlatego, że ich na to nie stać. Bo jeśli dwoje pracujących ludzi po opłaceniu mieszkania i rachunków ma w portfelu mniej niż tysiąc złotych, to żadne 800+ nie rozwiąże sprawy. Trzeba zmienić logikę całego systemu. Pomagać tym, którzy naprawdę budują przyszłość. Nie przez kolejne dodatki, tylko przez realne warunki do życia – tańsze mieszkania, niższe podatki, jasne zasady dla pracodawców i wsparcie dla ludzi, którzy wracają do Polski po latach. Bo jeśli państwo nie da im tu miejsca, to znajdą je znowu gdzie indziej. I wtedy możemy sobie opowiadać bajki o patriotyzmie do woli.
Od dawna powtarzam, że Polska musi przestać karać ludzi za to, że chcą coś robić. Młody, który zakłada działalność, nie może być traktowany jak złodziej. Rodzina, która chce się dorobić, nie może być traktowana jak bogacz do oskubania. Pomoc społeczna nie może być nagrodą za bierność. Państwo nie może się opierać na filozofii „równości przez obniżanie”. Bo jeśli wszyscy mają mieć tyle samo, to znaczy, że nikt nie ma nic. Trzeba przestać udawać, że równość polega na dzieleniu biedy. Równość to równe szanse, nie równe rezultaty.
W tym wszystkim jest też coś, o czym nikt nie mówi głośno – że państwo nie może bać się ludzi silnych i zaradnych. Dziś każdy, kto odnosi sukces, automatycznie staje się podejrzany. Bo jak to – zarabiasz więcej niż inni? Pewnie kombinujesz. Tymczasem silni ludzie to fundament zdrowego społeczeństwa. Ci, którzy tworzą miejsca pracy, inwestują, rozwijają, to nie „elita”, tylko lokomotywa. Państwo powinno ich wspierać, nie podejrzewać o nieuczciwość. A jednocześnie ma obowiązek dbać o tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy – chorych, niepełnosprawnych, starszych, samotnych. Ale pomoc dla słabszych nie może być usprawiedliwieniem dla lenistwa reszty. Bo inaczej wszyscy zaczniemy tonąć w błocie przeciętności, które nikomu nie daje szansy się wybić.
Na koniec powiem to, co myślę od dawna: społeczeństwo nie buduje się z pieniędzy, tylko z poczucia sensu. Państwo może rozdawać miliardy, ale jeśli ludzie nie widzą sensu w pracy, rodzinie, w tworzeniu czegokolwiek – to wszystko i tak się rozpadnie. Trzeba przywrócić sens. Pokazać, że praca się opłaca, że wysiłek ma wartość, że warto zostać w Polsce, bo tu można coś zbudować. Nie przez slogany, tylko przez system, który to umożliwia.
Lewica wierzy, że da się ludziom godność przez zasiłki. Prawica, że da się ją przywrócić przez kazania. A ja wierzę, że godność przychodzi z pracy i poczucia, że Twój wysiłek coś znaczy. Państwo nie musi być ani opiekunem, ani sędzią. Wystarczy, że przestanie być przeszkodą. I to właśnie jest najuczciwsza definicja sprawiedliwości społecznej, jaką potrafię wymyślić.
Kiedy w debacie padł temat służby zdrowia, poczułem coś między złością a bezsilnością. Bo to właśnie tu najlepiej widać, jak bardzo nasze państwo się pogubiło. Lewica mówi o zwiększeniu finansowania, prawica o prywatyzacji i bonie zdrowotnym – a ja widzę jedno: system, który jest jak dziurawe wiadro. Możesz wlewać do niego miliardy, ale i tak nic w środku nie zostanie. Bo problem nie leży w ilości pieniędzy, tylko w sposobie ich wydawania. To nie jest kwestia złych ludzi, tylko złej struktury, w której nawet najlepsi lekarze i pielęgniarki muszą walczyć z papierami zamiast z chorobami.
Nie da się naprawić polskiej służby zdrowia bez uczciwej diagnozy. A ta brzmi: to system, który nie działa. I zanim ktoś zacznie sypać hasłami o „większych nakładach”, niech najpierw powie, na co dokładnie te pieniądze mają iść. Bo jeśli kolejny miliard ma znów zginąć w NFZ-owskich biurkach, to lepiej go od razu spalić – przynajmniej ogrzeje ludzi. Trzeba zacząć od rzeczy prostych, ale fundamentalnych: zrozumieć, jak działa prywatna opieka zdrowotna. Jak wygląda w niej organizacja pracy, jak funkcjonują oddziały, jaki jest stosunek pacjenta do personelu, jak wygląda sprzęt, żywienie, obsługa. I dopiero wtedy ustalić, do jakiego poziomu ma dojść państwowa służba zdrowia. Nie na zasadzie „byle było nowocześnie”, tylko konkretnie – poziom prywatnej, dobrze funkcjonującej kliniki, nie tej najdroższej, ale solidnej, gdzie człowiek czuje się jak pacjent, a nie jak problem do odfajkowania.
Państwowa służba zdrowia musi zostać unowocześniona i uporządkowana, nie tylko sprzętowo, ale i systemowo. Mamy e-skierowania, e-recepty, ale to wciąż tylko protezy. Potrzebny jest spójny, elektroniczny system obsługi pacjenta, który pozwoli skrócić kolejki i uprościć komunikację między szpitalami, przychodniami i urzędami. Sztuczna inteligencja powinna pomagać w wypełnianiu dokumentów, wstępnym analizowaniu wyników badań czy kierowaniu pacjentów do odpowiednich specjalistów. Nie po to, żeby zastąpić człowieka, tylko żeby zdjąć z niego to, co najbardziej bezsensowne – papierologię. Bo dziś lekarz spędza więcej czasu przed komputerem niż przy pacjencie. I to jest chore.
Zanim zaczniemy wymyślać nowe programy, trzeba rozebrać NFZ na części pierwsze. Zobaczyć, gdzie uciekają pieniądze, kto zarabia na pośrednictwie, kto dostaje kontrakty i dlaczego. NFZ powinien być instytucją rozliczalną – z budżetem jawnym, przejrzystym i poddanym kontroli publicznej. Każdy obywatel powinien mieć dostęp do informacji, na co idą jego składki i jakie efekty to przynosi. Bo dopóki pieniądze znikają w gąszczu tabel i funduszy, dopóty pacjent zawsze będzie „kosztem”, nie człowiekiem.
I tu wracam do sedna, Drogi Czytelniku – nie chodzi o to, żeby państwo leczyło za darmo, tylko żeby leczyło skutecznie. Dlatego trzeba wprowadzić model mieszany. Prywatna służba zdrowia nie jest wrogiem państwowej, tylko jej naturalnym uzupełnieniem. Szpitale prywatne mogą odciążać publiczne, ale muszą działać na jasnych zasadach współpracy – bez układów i fikcyjnych kontraktów. Chodzi o to, żeby pacjent mógł wybrać, ale żeby wiedział, że gdziekolwiek pójdzie, dostanie pomoc.
A jeśli już wydajemy miliardy, to wydawajmy je na ludzi – na lekarzy, pielęgniarki, ratowników. Bo bez nich nie ma żadnego systemu. Trzeba skończyć z sytuacją, w której lekarz zarabia dobrze tylko wtedy, gdy pracuje na trzech etatach, a pielęgniarka musi dorabiać po nocach. W tym zawodzie ludzie się wypalają, uciekają z kraju, albo po prostu rezygnują. I nie pomoże żaden program, jeśli nie zaczniemy traktować tych ludzi z szacunkiem, który należy się tym, którzy ratują życie.
Nie chodzi o rewolucję, tylko o zdrowy rozsądek. Nie musimy mieć służby zdrowia jak w Szwajcarii. Wystarczy, że będzie działała normalnie. Że człowiek zapisze się do lekarza i nie usłyszy, że najbliższy termin to za pół roku. Że nie będzie musiał prosić znajomego o „wepchnięcie w kolejkę”. Że państwo w końcu potraktuje zdrowie obywatela jako inwestycję, a nie koszt. Bo człowiek zdrowy to człowiek pracujący, myślący, aktywny. To nie wydatek – to kapitał.
Lewica wierzy, że wystarczy dosypać pieniędzy. Prawica, że wystarczy oddać wszystko w ręce rynku. A ja wiem jedno – trzeba w końcu zacząć leczyć system, nie tylko ludzi. Bo ten system sam jest chory. I dopóki go nie postawimy na nogi, dopóty żaden rząd, żadna partia i żadne miliardy nie sprawią, że Polacy przestaną się leczyć „po znajomości”.
Bo zdrowie to nie przywilej. To podstawowe prawo. Ale żeby je mieć, trzeba wreszcie przestać udawać, że papierologia i chaos to „cena wolności”. To po prostu objaw choroby państwa.
Temat bezpieczeństwa i armii zawsze budzi emocje. Lewica mówi o pokoju, o rozmowach, o współpracy międzynarodowej. Prawica o sile, o patriotyzmie, o „powstaniu z kolan”. A ja, słuchając tego wszystkiego, mam wrażenie, że jedno i drugie to tylko dwa różne sposoby na ucieczkę od rzeczywistości. Bo rzeczywistość jest taka, że Polska nie jest przygotowana ani na wojnę, ani na pokój. Mamy armię, która wygląda dobrze w reklamach, ale w praktyce stoi na glinianych nogach. Mamy sojusze, które dają nam poczucie bezpieczeństwa, ale nie gwarantują niczego. I mamy polityków, którzy co kadencję obiecują modernizację, a potem zmieniają generałów częściej niż żarówki w biurze.
Ja nie mam złudzeń. Polska armia to dziś dno i dwa metry mułu. Przez lata nikt jej nie traktował poważnie – ani lewica, ani prawica. Jedni bali się wojska, drudzy je rozbroili. I teraz stoimy na granicy historii, z jednostkami, które nie mają zaplecza, i z młodymi ludźmi, którzy nie mają pojęcia, czym jest służba wojskowa. Dlatego jeśli mamy mówić o bezpieczeństwie, to trzeba zacząć od początku. Od poboru i armii zawodowej jednocześnie. To nie jest sprzeczność – to konieczność. Pobór daje nam zaplecze, armię rezerwową, którą w razie potrzeby można wykorzystać. Armia zawodowa to trzon, który broni granic i działa w razie konfliktu. Jedno nie wyklucza drugiego. I nie chodzi tu o wysyłanie młodych ludzi w kamasze na dwa lata, tylko o nowoczesne przeszkolenie wojskowe – roczne, praktyczne, z elementami obrony terytorialnej, z możliwością łączenia służby z nauką i pracą. Żeby młody człowiek wiedział, jak się zachować, gdy przyjdzie kryzys. Bo patriotyzm to nie tylko machanie flagą – to umiejętność obrony własnego domu.
Ale wojsko to nie wszystko. Trzeba budować silny kontrwywiad, wywiad i dyplomację. Bo nawet najlepsza armia nic nie znaczy, jeśli nie wiesz, co dzieje się za Twoimi plecami. Polska musi mieć oczy i uszy wszędzie – w Brukseli, w Berlinie, w Waszyngtonie, w Kijowie, w Mińsku i w Moskwie. Nie po to, żeby kogoś szpiegować dla zabawy, tylko żeby wiedzieć, jakie decyzje zapadają ponad naszymi głowami. Bo jeśli sami nie zadbamy o swoje interesy, to nikt tego za nas nie zrobi. W świecie polityki międzynarodowej nie ma przyjaciół. Są tylko interesy. I trzeba nauczyć się grać tak jak inni – twardo, ale z głową.
Jeśli chodzi o sojusze, to sprawa jest prosta. UE – tak, ale na naszych zasadach. Polska musi renegocjować umowy, które są dla nas niekorzystne. Nie może być tak, że Bruksela decyduje, co możemy, a czego nie. Chcemy współpracy – nie podległości. Chcemy wspólnego rynku, ale nie ideologicznego kagańca w postaci Zielonego Ładu czy przymusowych relokacji migrantów. Jeśli Unia będzie dążyć do centralizacji władzy, to trzeba będzie usiąść do stołu i jasno powiedzieć: albo Polska jest traktowana jak równy partner, albo przygotowujemy się na wyjście. Nie z histerią, nie z transparentami, tylko spokojnie – z analizą, przygotowaniem gospodarczym i planem awaryjnym.
USA – nasz główny sojusznik, ale z dystansem. Bo dziś jesteśmy lojalnym partnerem, a to często znaczy – wygodnym. Trzeba obserwować, jak Amerykanie będą reagować na wzrost znaczenia Polski i rozwój naszej gospodarki. Sojusz ma sens tylko wtedy, gdy obie strony na nim zyskują. Polska nie może być wiecznym klientem w amerykańskim sklepie z bronią. Powinniśmy mieć własny przemysł zbrojeniowy, własne projekty, własne rozwiązania. Kupować, owszem, ale równolegle rozwijać to, co nasze. Bo tylko wtedy stajemy się partnerem, a nie podwykonawcą.
Ukraina? Pomoc – tak, ale warunkowa. Bo ta wojna pokazała jedno: niezależnie od wyniku, Polska i tak już zapłaciła najwyższą cenę. Przyjęliśmy miliony uchodźców, rozbroiliśmy własne magazyny, wydaliśmy miliardy, a i tak nie mamy żadnych gwarancji, że w przyszłości Ukraina nie stanie się naszym problemem. Jeśli wygra – będziemy mieli za wschodnią granicą państwo z ogromną armią, ale bez struktur, które mogłyby ją kontrolować. Jeśli przegra – będziemy mieli Rosję na Bugu. Dlatego Polska musi prowadzić aktywną, twardą politykę bezpieczeństwa. Nie chodzi o to, by zamykać granice, ale o to, by mieć wpływy, wiedzę i gotowość reagowania. Pomagać, ale rozumnie. Wspierać, ale z kalkulatorem w ręku. Bo geopolityka to nie emocje – to chłodna rachuba.
Rosja i Białoruś są naszymi sąsiadami i przeciwnikami jednocześnie. To nie znaczy, że mamy ich nienawidzić. To znaczy, że musimy być gotowi. Na każdą formę prowokacji – od militarnej po propagandową. Musimy inwestować w nowoczesne technologie obronne, w cyberbezpieczeństwo, w logistykę i mobilność wojsk. Bo wojna XXI wieku to nie tylko czołgi, ale też informacja. A tę dziś przegrywamy równie łatwo, jak bitwy.
Podstawą bezpieczeństwa Polski jest silna gospodarka. Bo tylko bogate państwo stać na silną armię. To rozwój przemysłu, eksport, nowe technologie i miejsca pracy są gwarantem niezależności. Każdy kilometr nowej drogi, każda fabryka, każda polska firma to cegła w murze bezpieczeństwa narodowego. Dlatego zamiast karmić się hasłami o potędze, trzeba po prostu ją budować – krok po kroku, mądrze, bez fanfar.
Lewica wierzy, że bezpieczeństwo przyjdzie przez rozmowy. Prawica wierzy, że przyjdzie przez zakup sprzętu. A ja wiem jedno – bezpieczeństwo przychodzi przez przygotowanie. Bo świat nie czeka na tych, którzy się boją. I Polska też nie może czekać.
Nie na cud, nie na sojusznika, nie na rozkazy z Brukseli czy Waszyngtonu. Musimy wreszcie wziąć odpowiedzialność za własną przyszłość. Bo nikt za nas tego nie zrobi.
Rolnictwo to temat, który w każdej debacie brzmi jak dodatek. Trochę jak przystawka do dania głównego, którym zawsze jest gospodarka, podatki, polityka. A przecież bez rolnictwa nie ma ani gospodarki, ani państwa. Lewica mówi o dopłatach, ekologii i zielonym ładzie. Prawica o tradycji, polskiej wsi i ochronie ziemi przed wykupem. A ja patrzę na to wszystko i widzę, że jedni i drudzy po prostu nie rozumieją, czym rolnictwo stało się dziś naprawdę. To już nie tylko pług i krowa. To cała gospodarka – od produkcji po przetwórstwo, od dystrybucji po handel. A mimo to wieś nadal traktowana jest jak margines. Dopóki w Polsce będzie się myślało, że rolnik to ktoś z innej epoki, dopóty nic się tu nie zmieni.
Zacznijmy od rzeczy najprostszej: polska ziemia to zasób strategiczny. To nie jest tylko terytorium. To bezpieczeństwo żywnościowe, przestrzeń do życia i bogactwo naturalne w jednym. Tymczasem przez ostatnie lata państwo robiło wszystko, by tę wartość roztrwonić – od sprzedaży ziemi w ręce funduszy po sztuczne blokady inwestycyjne w postaci planów ogólnych, które zamykają całe gminy przed rozwojem. To trzeba zatrzymać. Bo polska wieś nie potrzebuje zakazów – potrzebuje szansy na rozwój.
Jednym z filarów, o których mówiłem już wcześniej, powinien być KOWR – Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Ale nie w tej wersji, którą dziś znamy, biurokratycznej i powolnej. KOWR musi stać się prawdziwym pośrednikiem między państwem a obywatelem. To on powinien być miejscem, gdzie młody człowiek, który chce zamieszkać na wsi, może przyjść i powiedzieć: „Chcę kupić działkę, chcę budować, chcę żyć tu, nie w mieście.” I państwo powinno mu w tym pomóc – nie pieniędzmi, tylko systemem.
Jak to miałoby działać? Młody człowiek wybiera działkę z listy nieruchomości należących do KOWR. Przedstawia projekt, kosztorys, wykonawców. KOWR, zamiast utrudniać, przesyła całość do państwowego banku inwestycyjnego – tego, o którym już pisałem wcześniej, powstałego z połączenia PKO BP i Pekao SA. Bank udziela niskooprocentowanego kredytu, rozliczanego etapowo, bez prywatnych pośredników. KOWR dostaje swoje za ziemię, wykonawcy swoje wynagrodzenia, a młody człowiek spłaca kredyt w normalnych ratach, przez 20 czy 30 lat, ale wie, że to, co buduje, jest naprawdę jego.
To jest właśnie początek nowej wsi. Nie socjalnej, nie papierowej – tylko realnej, w której młody człowiek ma powód, by zostać.
A co z pustostanami, starymi gospodarstwami i zapomnianymi siedliskami? Tutaj też KOWR powinien mieć rolę pośrednika. Jeśli ktoś widzi starą, opuszczoną nieruchomość i chce ją odnowić, KOWR ma pomóc mu ustalić właściciela, doprowadzić do porozumienia, przeprowadzić formalności spadkowe, wycenić nieruchomość i przekazać ją do renowacji. Państwo powinno zyskać na tym dwa razy – odzyskując opuszczone tereny i dając ludziom szansę na normalne życie. Niech stara chałupa przestanie być symbolem upadku, a stanie się symbolem powrotu do życia. Bo wieś to nie skansen. To przyszłość.
Nie można jednak mówić o rolnictwie, nie mówiąc o polityce energetycznej. Zielony Ład to piękne hasło, które w praktyce zniszczy europejskie rolnictwo. Bo każda nowa norma, każdy zakaz i limit uderza w tych, którzy produkują żywność, a nie w tych, którzy nią handlują. Rolnik nie może konkurować z importem z Ukrainy czy z Ameryki Południowej, jeśli ma płacić za emisje i stosować droższe nawozy, bo tak wymaga Unia. Polska musi więc powiedzieć jasno: nie dla Zielonego Ładu w obecnej formie. Nie dla przymusu, który zabija konkurencyjność.
Zamiast tego trzeba postawić na modernizację kopalń, rozwój lokalnej energetyki węglowej, biomasę i małe elektrownie. Lepiej unowocześnić to, co mamy, niż burzyć wszystko w imię ideologii. Polskie rolnictwo nie potrzebuje certyfikatów unijnych – potrzebuje prądu, wody i dróg. To jest prawdziwa ekologia: taka, która nie szkodzi człowiekowi.
I jeszcze jedno – trzeba skończyć z rozbijaniem wsi na jednostki, które walczą o przetrwanie. Rolnicy muszą mieć możliwość łączenia się w spółki rolnicze, tworzenia wspólnych sklepów, przetwórni, marek lokalnych. Niech w końcu zaczną sprzedawać swoje produkty bez pośredników – w miastach, miasteczkach, przez własne sklepy. Bo dzisiaj w łańcuchu żywnościowym najwięcej zarabia ten, kto nie orze, nie sieje i nie doi. A to trzeba odwrócić. Rolnik ma być producentem, a nie petentem.
Lewica będzie mówić o ekologii, prawica o tradycji, a ja wiem jedno – rolnictwo to nie sentyment, tylko przemysł narodowy. Tylko od nas zależy, czy zrobimy z niego źródło siły, czy muzeum. Polska wieś może być bogata, nowoczesna i niezależna, jeśli tylko damy jej do tego narzędzia. Bo na końcu – jak zawsze – chodzi o prostą rzecz: żeby człowiek, który ciężko pracuje, mógł godnie żyć z własnej ziemi.
I to właśnie jest najczystsza forma patriotyzmu – ta, która rośnie z gleby.
Kiedy rozmowa zeszła na gospodarkę i politykę energetyczną, miałem wrażenie, że słucham dwóch skrajnych wizji tego samego kraju. Zandberg, jak zawsze, mówił o inwestycjach państwowych, o potrzebie wielkich programów modernizacji energetyki, o tym, że trzeba odejść od węgla i zainwestować w „zieloną przyszłość”. Bosak z kolei uderzał w drugą stronę – w Zielony Ład, ETS-y, unijne przepisy, które dusiły naszą gospodarkę i sprawiały, że prąd drożeje, zanim ktokolwiek zdąży go wyprodukować. I obaj mieli po części rację, ale jak to zwykle bywa – każdy z nich widział tylko kawałek całości.
Bo prawda jest taka, że energetyka nie jest ani lewicowa, ani prawicowa. Energetyka po prostu musi działać. A w Polsce od dawna nie działa tak, jak powinna. Mamy węgiel, którego się wstydzimy. Mamy sieci energetyczne, które pamiętają czasy Gierka. Mamy pomysły na wiatraki i panele słoneczne, ale nie mamy planu, co zrobić, kiedy nie wieje i nie świeci. I mamy polityków, którzy od lat powtarzają te same slogany – „transformacja”, „zielona przyszłość”, „suwerenność energetyczna” – tylko że nikt nie tłumaczy ludziom, ile to będzie kosztować i kto za to zapłaci.
Ja nie jestem przeciwnikiem zmian, ale jestem przeciwnikiem robienia ich na ślepo. Bo Zielony Ład to nie plan, to kaganiec. Kaganiec, który pasuje Niemcom, bo mają na to pieniądze, ale nie pasuje Polsce, która wciąż odbudowuje swoją gospodarkę po dekadach zależności. Nie możemy rezygnować z węgla tylko dlatego, że ktoś w Brukseli powiedział, że tak trzeba. Trzeba go modernizować, a nie likwidować. Zamiast zamykać kopalnie, można je unowocześniać – czyste spalanie, automatyzacja, odzysk energii. Węgiel może być paliwem przejściowym, mostem do przyszłości, jeśli go potraktujemy z głową. Ale do tego potrzeba odwagi i rozsądku, a nie deklaracji o „neutralności klimatycznej” w 2040 roku, której nikt nie rozumie.
Zandberg ma rację, że państwo powinno inwestować. Ale nie w ideologiczne wizje, tylko w konkretne technologie. Państwo ma obowiązek rozwijać energetykę jądrową, i to nie jako bajkę o „elektrowni za 30 lat”, tylko tu i teraz – we współpracy z tymi, którzy potrafią to zrobić: z Koreą Południową, z Japonią, nawet z Chinami, jeśli trzeba. Bo energia to nie kwestia sympatii politycznych, tylko przetrwania.
Bosak też ma rację, gdy mówi, że trzeba bronić suwerenności. Ale suwerenność to nie tylko granice. To też to, czy jesteś w stanie sam włączyć światło. Bo kraj, który nie potrafi zapewnić sobie energii, nie jest suwerenny – nawet jeśli ma tysiące żołnierzy. Dlatego nie chodzi o wybór między państwowym monopolem a rynkową wolną amerykanką. Chodzi o równowagę – mądry model mieszany. Część strategiczna w rękach państwa, ale otwarta na współpracę z prywatnymi inwestorami. Bo im więcej źródeł energii, tym większe bezpieczeństwo.
I tu dochodzimy do infrastruktury – drugiego płuca tej samej gospodarki. Bo cóż z tego, że masz prąd, jeśli nie masz jak go przesłać. Cóż z tego, że masz fabryki, jeśli nie masz dróg. Polska od lat stoi w miejscu między planami a realizacją. Każdy rząd obiecuje budować szybciej, a kończy się na tym, że wszystko trwa po pięć lat i kosztuje dwa razy więcej. Potrzebujemy wreszcie systemu, który pozwoli inwestować szybko i skutecznie – przez specustawy, uproszczone procedury i realną odpowiedzialność za terminy. Bo infrastruktura to nie jest polityka. To krwiobieg państwa.
Powinniśmy przy tym zerwać z myśleniem, że rozwój to tylko kontrakty z Zachodem. Czas zacząć współpracować z tymi, którzy naprawdę budują – Chiny, Turcja, Indie. Nie z ideologii, tylko z pragmatyzmu. Bo albo będziemy mieli drogi, porty, kolej i energetykę z prawdziwego zdarzenia, albo zostaniemy na wiecznym peronie, czekając na cud z Brukseli.
Lewica marzy o zielonej utopii, prawica o samowystarczalności z modlitewnikiem w ręku. A ja wierzę w coś prostszego: że państwo ma działać. Ma produkować prąd, budować drogi, modernizować kopalnie, rozwijać atom i inwestować w ludzi, którzy to potrafią robić. Nie w partyjne hasła, tylko w kompetencję. Bo kraj to nie wieża z klocków LEGO, którą można rozłożyć i złożyć na nowo po każdych wyborach. Kraj to organizm. A jeśli odetniemy mu energię i infrastrukturę, to nie umrze od razu. Będzie po prostu powoli gnił.
I tego właśnie nie możemy dopuścić.
Kiedy w debacie padł temat mediów i wartości, miałem wrażenie, że każdy mówi o czymś innym, ale nikt nie mówi o istocie sprawy. Zandberg opowiadał o pluralizmie, wolności, o mediach niezależnych od polityki, które mają bronić demokracji. Bosak z kolei mówił o potrzebie silnych, narodowych mediów, o odrzuceniu poprawności politycznej i obronie tradycyjnych wartości. I znowu – jeden broni wolności, drugi moralności, a ja widzę, że obaj bronią wyłącznie własnych bastionów. Bo media w Polsce od dawna nie są lustrem społeczeństwa, tylko jego krzywym zwierciadłem.
Nie potrzebujemy kolejnej TVP ani nowej wersji TVN-u. Potrzebujemy mediów publicznych, które będą prawdziwie publiczne – czyli należące do ludzi, a nie do partii. Media mają informować, nie wychowywać. Mają zadawać pytania, nie prowadzić kampanie. Publiczna telewizja powinna być jak sejsmograf – rejestrować wszystko, bez emocji, bez filtrów, bez barw partyjnych. Ma być batem na kłamstwo, niezależnie od tego, kto je wypowiada. Nie potrzebujemy „naszej propagandy”, potrzebujemy prawdy, nawet jeśli bywa niewygodna.
Bo dziś media w Polsce nie informują – one karmią. TVP i TVN to jak dwie stacje benzynowe – jedna tankuje wściekłość, druga pogardę. I obie mają klientów po sufit. Nikt już nie chce informacji, tylko potwierdzenia własnych emocji. A przecież bez uczciwych mediów nie ma uczciwej debaty. Bo ludzie nie myślą w próżni – myślą tym, co im się poda. I jeśli przez lata karmi się ich nienawiścią, to trudno się dziwić, że społeczeństwo zaczyna przypominać stado, a nie wspólnotę.
A kultura? Kultura to nie jest teatr dla elit ani festyn dla mas. To przestrzeń, w której człowiek uczy się rozumieć siebie i świat. Kultura nie potrzebuje ideologii, potrzebuje wolności. Ale wolność w kulturze to nie chaos. To świadomość, że można eksperymentować, tworzyć, buntować się – ale z szacunkiem do tego, co było przed nami. Bo jeśli zniszczymy własne korzenie, to nie wyrośnie już nic. Kultura polska przez wieki była naszą tarczą – wtedy, gdy nie mieliśmy państwa, to właśnie kultura trzymała nas przy życiu. Dziś, paradoksalnie, mamy państwo, ale coraz mniej kultury. Bo zamieniliśmy ją na rozrywkę. A człowiek, który żyje tylko rozrywką, prędzej czy później przestaje rozumieć, po co w ogóle żyje.
Nie chodzi o to, by państwo „rządziło kulturą”. Chodzi o to, by tworzyło warunki, w których kultura może oddychać. Dofinansowywać nie tych, którzy głośno krzyczą, tylko tych, którzy mają coś do powiedzenia. Wspierać biblioteki, teatry, domy kultury – nie jako relikty PRL-u, tylko jako miejsca, w których człowiek może się zatrzymać, pomyśleć, porozmawiać. Bo w świecie, który biegnie coraz szybciej, kultura to jedyne, co jeszcze potrafi człowieka zatrzymać.
Tożsamość narodowa to nie flaga na balkonie ani hymn odśpiewany raz w roku. To codzienność – język, tradycja, pamięć. Ale też zdolność do dialogu i do zmian. Trzeba rozróżnić patriotyzm od nacjonalizmu. Patriotyzm to miłość – cicha, odpowiedzialna, dojrzała. Nacjonalizm to kompleks – głośny, agresywny i pusty. Polska nie potrzebuje już narodowych uniesień, tylko narodowej mądrości. Bo prawdziwy patriota nie krzyczy, tylko robi swoje.
I wreszcie – wolność słowa. To temat, który każdy wykorzystuje, gdy akurat mu wygodnie. Lewica powołuje się na nią, gdy chce prowokować. Prawica, gdy chce obrażać. A przecież wolność słowa to nie przywilej, tylko odpowiedzialność. Mówić można wszystko – ale trzeba też umieć ponieść konsekwencje tego, co się mówi. Wolność bez odpowiedzialności to anarchia. A odpowiedzialność bez wolności to cenzura. Trzeba więc znaleźć równowagę – i to nie ustawą, tylko kulturą. Bo jeśli ludzie nie nauczą się rozmawiać, to żadne prawo ich tego nie zmusi.
Zandberg wierzy, że wolność to prawo do prowokacji. Bosak wierzy, że to prawo do moralnego porządku. A ja wiem, że wolność to prawo do prawdy. I do mówienia tej prawdy wprost, bez nienawiści, ale też bez strachu. Bo kraj, w którym ludzie przestają mówić, co myślą, to kraj, który już przestał myśleć.
Kultura, media, tożsamość – to nie są dodatki do państwa. To jego dusza. A państwo bez duszy to tylko korporacja z flagą.
To właśnie w ostatniej części debaty, kiedy rozmowa zeszła na kwestie światopoglądowe, emocje w końcu sięgnęły sufitu. Bo nic tak nie rozpala Polaków jak tematy, w których wszyscy chcą mieć rację, a nikt nie chce słuchać. Bosak mówił o obronie życia, tradycji, o państwie, które ma stać na straży wartości. Zandberg o wolności, o prawach kobiet, o rozdziale Kościoła od państwa. I obaj znowu poszli w swoje okopy.
Lewica widzi w człowieku wolną jednostkę, której nikt nie może nic narzucać. Prawica widzi w człowieku część wspólnoty, którą trzeba wychowywać. A ja uważam, że jedno bez drugiego się nie da. Bo człowiek musi mieć wolność, ale musi też mieć granice.
Zacznijmy od aborcji – tematu, który od lat dzieli Polskę na pół. Dla lewicy to kwestia praw kobiet, dla prawicy – kwestia życia. Ale prawda jest taka, że to nie politycy powinni rozstrzygać, gdzie zaczyna się czyje życie. To temat, który wymaga powagi, nie haseł. Dlatego moim zdaniem jedynym uczciwym rozwiązaniem jest kompromis i referendum. Niech ludzie zdecydują. Ale zanim to się stanie, trzeba przeprowadzić debatę – nie w telewizji, nie w Sejmie, tylko z udziałem lekarzy, psychologów, etyków, rodziców, kobiet i mężczyzn. Bo to nie jest sprawa dla polityków – to sprawa dla społeczeństwa. I kiedy już Polacy się wypowiedzą, trzeba to wpisać do konstytucji i temat zamknąć. Raz na zawsze.
Nie ma nic gorszego niż wieczna wojna o moralność, w której każdy udaje, że wie lepiej, jak inni mają żyć.
Religia w szkołach? Tak, ale inaczej. Dwie godziny w tygodniu, ale w formie nauki o religiach świata, nie jednej. Dzieci powinny rozumieć, że chrześcijaństwo nie jest jedyną odpowiedzią na pytania o sens. Że islam, judaizm, buddyzm czy ateizm to też część ludzkiego świata.
Niech szkoła uczy o wierze, ale niech nie wychowuje do jednej doktryny. Bo wiarę wynosi się z domu, nie z dziennika lekcyjnego. Kościół powinien zajmować się duszą, a nie polityką. Pomagać, wspierać, leczyć duchowo – ale nie pouczać z ambony, jak kto ma głosować. Państwo i Kościół muszą być rozdzielone – nie wrogo, ale z szacunkiem. Bo kiedy jedno zaczyna rządzić drugim, zawsze kończy się to źle.
Edukacja seksualna? Tak, ale oparta na wiedzy, nie na ideologii. Trzeba wrócić do solidnej psychologii człowieka sprzed lat – do tego, jak człowiek naprawdę się rozwija, a nie do „modnych teorii” pisanych w zachodnich ośrodkach dla grantów.
Edukacja ma tłumaczyć, nie prowokować. Ma uczyć szacunku do drugiego człowieka i odpowiedzialności za swoje decyzje, a nie eksperymentów na emocjach młodzieży. Nie ma w tym nic złego, by młodzi ludzie wiedzieli, czym jest miłość, ciało i konsekwencja – ale niech uczą się tego od ludzi, którzy wiedzą, jak mówić o życiu, nie o ideologii.
Związki partnerskie? To kolejny temat, który w Polsce jest bardziej emocją niż problemem prawnym.
Ja uważam, że każdy dorosły człowiek ma prawo decydować, kto jest mu najbliższy. Jeśli ktoś chce, by jego partner czy partnerka mieli dostęp do informacji medycznych, dziedziczenia, wspólnego rozliczania – niech załatwia to w urzędzie. To da się uregulować zwyczajnie, bez fanfar i bez wojny światopoglądowej.
Ale co innego partnerstwo, a co innego rodzina. Dla mnie rodzina to kobieta, mężczyzna i dzieci. Tak było od zawsze i tak powinno zostać. Bo homoseksualizm istniał w naturze od wieków – to fakt. Ale przyroda sama ustawiła granicę: związek jednopłciowy nie prowadzi do prokreacji. I to trzeba przyjąć z szacunkiem, ale i z rozsądkiem. Dlatego adopcja dzieci przez pary jednopłciowe to granica, której przekraczać nie wolno.
A wolność słowa? O tym mówili wszyscy i nikt. Bo każdy powołuje się na nią tylko wtedy, gdy mu pasuje. Lewica wtedy, gdy chce prowokować. Prawica – gdy chce obrażać. A przecież wolność słowa to nie prawo do krzyku, tylko obowiązek mówienia prawdy.
Można mówić wszystko, o ile bierze się za to odpowiedzialność. Bo wolność bez odpowiedzialności to anarchia, a odpowiedzialność bez wolności – cenzura.
I w tym wszystkim, Drogi Czytelniku, jest moja najważniejsza myśl: państwo nie może nikogo wychowywać. Ani do wiary, ani do ateizmu, ani do moralności z ambony. Państwo ma być neutralne, ale nie obojętne. Ma chronić wolność, ale też stawiać granice tam, gdzie kończy się odpowiedzialność.
Zandberg wierzy, że człowiek jest z natury dobry i państwo ma mu tylko nie przeszkadzać. Bosak wierzy, że człowiek jest z natury grzeszny i trzeba go pilnować.
A ja wierzę, że człowiek jest po prostu człowiekiem – zdolnym do dobra i zła, i tylko od niego zależy, co wybierze.
Dlatego państwo nie ma być kaznodzieją ani terapeutą.
Ma działać. Ma chronić. Ma być sprawiedliwe.
A reszta – to już kwestia sumienia.
Nie wiem, czy ta debata coś zmieniła.
Zandberg i Bosak – dwa różne światy, dwa różne języki, dwa różne marzenia o Polsce. Jeden mówił o równości, drugi o wolności, obaj o przyszłości. A ja patrzyłem na to wszystko i miałem wrażenie, że nikt nie mówi o człowieku.
Bo w tym całym sporze o państwo, gospodarkę, religię i prawa człowieka, gdzieś po drodze zgubił się człowiek. Taki zwykły – pracujący, zmęczony, próbujący jakoś związać koniec z końcem i zachować w tym wszystkim poczucie sensu.
Polska dziś nie potrzebuje ani rewolucji, ani kontrrewolucji.
Potrzebuje normalności. Państwa, które nie kłamie i nie poucza. Władzy, która działa, a nie gra. Prawa, które jest jasne, a nie pisane pod emocje. I ludzi, którzy chcą ze sobą rozmawiać, zamiast się nienawidzić.
Lewica i prawica od lat mówią o dwóch różnych krajach. A ja wciąż wierzę, że Polska jest jedna. Może podzielona, może zmęczona, może pogubiona, ale jedna.
I może właśnie dlatego warto rozmawiać – nie po to, żeby kogoś przekonać, ale żeby siebie nawzajem zrozumieć.
Bo dopóki ludzie chcą rozmawiać, dopóty jest nadzieja.
A dopóki ktoś chce myśleć samodzielnie, dopóty Polska ma przyszłość.
Nie jestem ani lewicą, ani prawicą.
Jestem człowiekiem, który chce, żeby jego kraj działał.
Bez krzyku, bez ideologii, bez wiecznej wojny na słowa.
Bo, Drogi Czytelniku, na końcu to zawsze sprowadza się do jednego zdania, które powtarzam jak mantrę:
Państwo ma działać, nie przekonywać.
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Komentarze
Prześlij komentarz