Park Narodowy Doliny Dolnej Odry – weto, fakty i sens całej tej awantury
Drogi Czytelniku,
znów zrobiło się głośno o przyrodzie. Tym razem poszło o ustawę, która miała powołać Park Narodowy Doliny Dolnej Odry — pierwszy nowy park narodowy w Polsce od 24 lat. Rząd zapowiadał, że to projekt na miarę współczesnych czasów, obejmujący około 3 800 hektarów Międzyodrza, czyli terenów mokradeł, torfowisk, kanałów i wysp między Odrą Zachodnią a Wschodnią. Miała to być inwestycja w przyszłość, w ochronę siedlisk, bioróżnorodność, edukację i turystykę. Ministerstwo Klimatu przekonywało, że park nie obejmie głównych koryt rzeki, więc żegluga i gospodarka wodna pozostaną bez zmian.
I właśnie w momencie, gdy władza zaczęła mówić o „przyrodniczym przełomie”, prezydent powiedział: nie. Zawetował ustawę, tłumacząc, że projekt może zablokować rozwój gospodarczy regionu, utrudnić inwestycje i przynieść straty finansowe lokalnym gminom. Zwrócił też uwagę na brak pełnych konsultacji społecznych i rzetelnych analiz ekonomicznych, a także na niejasności w granicach i zasadach ochrony. Na papierze brzmi to logicznie. W końcu nikt nie chce, żeby przyroda stawała się pretekstem do administracyjnego chaosu.
Problem w tym, że nie wszystkie argumenty z Pałacu Prezydenckiego mają pokrycie w faktach. Główne koryta Odry rzeczywiście nie były objęte ochroną. Park obejmował obszary pomiędzy nimi — te, które od lat są dzikie i w zasadzie nieużytkowane gospodarczo. Nie chodziło więc o zamknięcie rzeki dla żeglugi, lecz o uporządkowanie terenu, który i tak żyje własnym rytmem. Prezydent ma jednak rację, że w polskich realiach każda nowa forma ochrony oznacza więcej biurokracji i mniej swobody. Wystarczy jedno słowo „park”, a za nim rusza lawina uzgodnień, decyzji, planów ochrony i opinii. Tak wygląda nasza codzienność — niezależnie od tego, jak piękne intencje stoją w uzasadnieniu ustawy.
Zwolennicy projektu mówią, że Dolina Dolnej Odry to wyjątkowy ekosystem, jeden z ostatnich tak naturalnych obszarów bagiennych w Europie. Że park pomógłby poprawić retencję, zmniejszyć ryzyko powodzi i odbudować zniszczoną przyrodę po katastrofie z 2022 roku. Że to także szansa na rozwój turystyki, edukacji ekologicznej i nowe środki unijne. I pewnie mają w tym sporo racji. Problem polega jednak na tym, że w Polsce między teorią a praktyką rozciąga się przepaść. Bo w teorii park narodowy jest miejscem współistnienia człowieka z naturą, a w praktyce staje się często urzędniczym labiryntem, w którym wszystko trzeba uzgadniać, a mało co da się zrobić.
Przeciwnicy parku zwracają uwagę właśnie na to. Wiedzą, że za słowem „ochrona” w naszym kraju kryje się nie tylko troska o naturę, ale też całe morze ograniczeń. Bo gdy raz powstanie obszar chroniony, to jego granice z czasem zaczynają się poszerzać. Najpierw pojawia się otulina, potem obszar Natura 2000, a później zmiany w planach miejscowych. W efekcie park rośnie, a przestrzeń dla ludzi maleje. Widać to choćby w okolicach Biebrzańskiego czy Kampinoskiego Parku Narodowego. Tam, gdzie kiedyś rolnicy żyli z ziemi, dziś walczą o prawo do wykopania rowu albo postawienia wiaty. Z czasem takie miejsca się wyludniają, bo młodzi nie mają po co zostawać, a starsi nie widzą sensu w utrzymywaniu pól, które zarastają trzciną.
I to właśnie jest ten problem, o którym nikt głośno nie mówi. Ochrona przyrody w Polsce nie kończy się na granicach narysowanych na mapie. Z biegiem lat rozlewa się dalej — administracyjnie, ekologicznie i ideologicznie. Zaczyna się od chęci ratowania natury, a kończy na sytuacji, w której człowiek staje się gościem we własnym domu. I choć sam pomysł parku brzmi szlachetnie, to jego skutki mogą być odwrotne od zamierzonych: zamiast współistnienia, pojawia się konflikt.
Dla mnie ten spór o Dolinę Dolnej Odry nie jest tak naprawdę sporem o ptaki, bobry czy turystykę. To spór o to, jak rozumiemy rozwój. Park narodowy jest projektem długofalowym, który wymaga silnego, konsekwentnego i odpowiedzialnego państwa. A my wciąż mamy państwo, które nie potrafi posprzątać własnej rzeki po ekologicznej katastrofie, a już chce zarządzać nowym parkiem narodowym. To brzmi bardziej jak pokazówka niż realna troska o naturę.
Nie mam nic przeciwko ochronie przyrody. Ale ochrona, która z góry zakłada, że człowiek jest problemem, to nie równowaga — to absurd. Jeśli chcemy żyć w kraju nowoczesnym, to musimy nauczyć się budować, inwestować i zarządzać przestrzenią mądrze, a nie uciekać w zakazy. Weto prezydenta w tej sprawie nie było więc ciosem w przyrodę. Było raczej próbą postawienia granicy między rozsądkiem a ideologicznym zapałem.
Bo przyroda nie zniknie od braku ustawy.
Za to rozwój może zniknąć bardzo łatwo, jeśli wciąż będziemy zamykać Polskę w kolejnych rezerwatach.
A przecież — jak powtarzam od dawna — państwo ma działać, nie przekonywać.
Komentarze
Prześlij komentarz