TSUE - czyli "Ruki pa szwam" i wykonać

Słuchajcie, w ostatnich kilku dniach TSUE wydało wyrok, że Polska ma uznawać pary jednopłciowe. Powstał ogromny szum, widać masę negatywnych komentarzy, oburzenie, emocje. Gdzieś tam przebijają się głosy poparcia, ale to zdecydowana mniejszość wobec skali sprzeciwu. Jest też nagle wysyp różnych „pseudoznawców” (takich jak ja), którzy próbują na gorąco analizować temat, tłumaczyć coś, czego nikt tak naprawdę nie tłumaczy w mediach sensownie. I w sumie chciałem podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami – pokazać, czym jest TSUE, jak działa i do czego taka instytucja może nas doprowadzić jako kraj. Bo bez tego trudno zrozumieć, o co w tej całej awanturze chodzi.

Najpierw sprawa małżeństw jednopłciowych. TSUE orzekło, że Polska ma uznawać małżeństwa zawarte przez osoby tej samej płci w innych krajach UE. I tu trzeba jasno powiedzieć, o co chodzi, a o co nie chodzi. Ten wyrok nie oznacza, że w Polsce będzie można wziąć ślub jednopłciowy. Nie oznacza też, że Polska musi zmieniać swoją konstytucyjną definicję małżeństwa. Chodzi wyłącznie o to, że jeśli dwie osoby pobrały się w Niemczech czy Holandii, to polski urząd ma obowiązek uznać fakt, że to małżeństwo zostało zawarte zgodnie z prawem innego państwa. To wszystko. Problem w tym, że dla wielu ludzi nie chodzi o sam temat małżeństw – tu chodzi o coś głębszego, o poczucie, że coś dzieje się ponad nami, że ktoś z zewnątrz decyduje o rzeczach, które przez lata były wyłącznie naszym wewnętrznym porządkiem. Dlatego wyrok TSUE trafił w bardzo wrażliwy punkt i wywołał tak potężne emocje. Ludzie nie dyskutują o prawie, ludzie dyskutują o wpływie – o tym, czy mamy go jeszcze, czy już nam się tylko wydaje, że coś od nas zależy.

Druga sprawa to migranci i relokacja. I tu sytuacja wygląda podobnie, tylko jeszcze ostrzej. UE przyjęła mechanizm, w którym państwa członkowskie mają obowiązek przyjąć określoną liczbę migrantów albo zapłacić za każdą osobę kilkadziesiąt tysięcy euro. Polska była przeciw, ale została przegłosowana większością. A zasada w UE jest prosta: jak zostałeś przegłosowany, to i tak musisz wykonać decyzję, nawet jeśli głosowałeś „nie”. Jeśli Polska odmówiłaby wykonania takiego obowiązku, to Komisja Europejska zaskarżyłaby nas do TSUE, TSUE wydałby wyrok nakazujący wykonanie, a za dalszą odmowę posypałyby się kary dzienne. I to nie jest teoria – już się takie rzeczy działy. Tu nie chodzi więc o to, czy ktoś popiera przyjmowanie migrantów, tylko o to, że w obszarze polityki migracyjnej część decyzji została przekazana Unii. A skoro została przekazana, to Unia może działać, a TSUE może to egzekwować. I znowu pojawia się to samo poczucie, co przy małżeństwach: że ktoś decyduje za nas, że ktoś narzuca, że ktoś może nas zmusić, a my mamy tylko wybór między buntem za karę albo pokornym wykonaniem, żeby nie stracić pieniędzy. I widać, że to ludzi boli dużo bardziej niż sam temat migrantów.

I tu dochodzimy do tego, co mnie chyba najbardziej zastanawia – referenda. Bo zaraz po wyroku TSUE pojawiają się głosy: „zróbmy referendum”, „niech naród się wypowie”, „to ludzie powinni decydować”. Tylko że mało kto rozumie, że referendum działa wyłącznie tam, gdzie decyzja pozostaje w rękach państwa. Jeśli referendum dotyczy edukacji, podatków, służby zdrowia, systemu emerytalnego – to jest święte. Ale jeśli referendum dotyczyłoby spraw, które przekazaliśmy Unii, jak relokacja czy uznawanie zagranicznych dokumentów, to takie referendum – choćby frekwencja była stuprocentowa – nie miałoby żadnej mocy prawnej wobec prawa UE. To samo z referendum w 2023 roku. Jedno z pytań dotyczyło migrantów. Gdyby referendum było ważne i 99% Polaków powiedziałoby „nie”, to w relacji do TSUE i tak nic by to nie zmieniło. Bo w sprawach przekazanych UE decyduje UE, a TSUE jest od tego, żeby to egzekwować. Referendum może być politycznym sygnałem, może być protestem, może być głosem ludzi – ale nie może zablokować prawa unijnego ani wyroku TSUE. I to jest brutalna prawda, której nikt ludziom głośno nie mówi.

I teraz podsumowanie. Patrząc na to, jak UE wykorzystuje TSUE do rozgrywania swojej polityki, obawiam się, że takie wyroki – pozornie niewiele znaczące, jak to uznawanie małżeństw jednopłciowych – otwierają drogę do o wiele większych rzeczy, niż chcemy przyjąć do wiadomości. Dzieją się rzeczy ponad naszymi głowami i nie mamy na to realnego wpływu. Możemy się buntować, ale kończy się to karami, możemy się ugiąć, żeby nie tracić pieniędzy, i wtedy wykonujemy wyrok. Kiedyś TSUE nie było wykorzystywane jako bat na kraje, które są „krnąbrne”, jak Polska, Słowacja, Czechy czy Węgry. Dziś jest. I to też pokazuje, jak uległy mamy rząd – bo może Tusk rzeczywiście na wszystko się zgadza, żeby nie narażać się TSUE. Może coś więcej za tym stoi. Nie zmienia to faktu, że wyraźnie widać, że lubi być pod butem, zresztą tak jak poprzednia władza, która uwielbiała być pod butem Ameryki, niezależnie od tego, jak nas traktowano. A na sam koniec warto zauważyć, że te nasze całe problemy z sądami, te wojny o KRS, o SN, o reformy – to są tak naprawdę drobiazgi. Bo kiedy przyjdą poważne tematy, decyzje i tak zapadną ponad głowami rządzących, ponad głowami naszych sądów, ponad wszystkim. Jak w kolonii. Jak w kraju podbitym. Wyrok jest? Ruki pa szwom – i wykonać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOŚP - coroczna wojenka o dobry uczynek

Centrum Odrodzenia Polski - Ochrona zdrowia w Polsce... Problem wołający o pomstę do nieba.

Duda - koniec kadencji