Własność jako iluzja posiadania gruntu...
Drogi Czytelniku,
czasem, a nawet często, siadając po pracy, po godzinach spędzonych nad różnymi papierzyskami, patrząc na ilość tego całego prawnego gówna, które trzeba znać, wiedzieć co z czym, po co i na co wracam mi jedno pytanie: czy w Polsce w ogóle istnieje prawo własności? I wiesz co? Im dłużej żyję, im więcej robię zawodowo jako geodeta, im więcej widzę absurdów, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to nasze „prawo własności” to jest tylko ładnie zapakowane gówienko. Fikcja. Teoria. Broszurka. Iluzja dla grzecznych obywateli, żeby mieli poczucie, że coś posiadają. W praktyce właściciel w Polsce ma jakieś dwadzieścia procent tego, co powinien mieć.
W moim rozumieniu własność to powinno być najprostsze prawo świata: kupiłem, zapłaciłem, spłaciłem kredyt – jest moje. Mogę z tym robić, co chcę, bo to jest moja rzecz. Ja za to zapłaciłem, ja za to odpowiadam i ja będę ponosił konsekwencje, jeśli coś zrobię źle. I nawet jeśli ktoś zaniedbuje swój majątek, to jest to część jego wolności — w końcu własność to nie tylko przywilej, ale i obowiązek dbania o to, co się ma. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś z zewnątrz zaczyna Ci mówić, co możesz zrobić na swojej ziemi, a czego nie. I tu, Drogi Czytelniku, zaczyna się polski teatr absurdu.
I teraz ważne: nie jestem idiotą, wiem, że państwo musi kontrolować pewne rzeczy. Nikt normalny nie chce mieć pod płotem fermy przemysłowej, wysypiska śmieci, spalarni, składowiska chemii albo ubojni. To są inwestycje, które mogą truć, śmierdzieć, szkodzić ludziom, wodzie, zdrowiu. Tu kontrola jest potrzebna i rozsądna. Ale, Drogi Czytelniku, jeśli mówimy o zwykłych, normalnych domach jednorodzinnych, o budynkach mieszkalnych na własnej działce, o budowaniu dla rodziny — to państwo powinno się cofnąć o trzy kroki. Bo jeśli ja na swojej ziemi stawiam dom, i mój sąsiad nie cierpi, to dlaczego ktoś ma decydować, z czego ten dom jest, jak wygląda i czy mu się podoba? Jak się zawali — to moja wina, moje straty, moja odpowiedzialność.
Tymczasem w Polsce od dekad mamy tę samą przypadłość: państwo (czyli politycy, którzy się z nas wywodzą, takie gamonie i nieudacznicy, którzy nie potrafili się odnaleźć w biznesie czy jakiejś branży i musieli uciekać do polityki, bo inaczej nie mieli by co do gara włożyć) traktuje obywatela nie jak właściciela, nie jak Pana I Władcę na swoim, tylko jak trochę głupiego, trochę zahukanego, trochę upośledzonego chłopka roztropka, który ma płacić podatki i nie zadawać pytań. Wszystko, co robisz na swojej ziemi, wymaga zgody, pieczątki, opinii, uzgodnienia, analizy, decyzji, a często dobrej woli urzędnika. I nie jest to wina urzędników — oni tylko egzekwują prawo. Problemem jest prawo samo w sobie, nasrane za czasów PRL, a potem tylko owijane w pazłotko przez kolejne rządy (de facto komunistyczne) jak kolejne warstwy betonu. Mówią nam, że mamy demokrację i wolność... Mhm... Ale w praktyce państwo podchodzi do właściciela jak do szkodnika, którego trzeba trzymać za pysk, bo inaczej nie da się ograbić...
Najbardziej dostaje się zwykłym ludziom, którzy kupili działkę z marzeniem: „postawię dom, zacznę nowe życie”. I zderzają się ze ścianą. Zamiast prawo upraszczać i np: procecs budowy wyglądął by tak, że przychodzisz do gminy zgłosić zamiar budowy, pokazać projekt i zacząć budowę. Gmina se to odnotowuje, przekazuje do starostwa, do wydziału budownictwa I JUŻ, to nie... Zaczynają pielgrzymkę po urzędach. Warunki zabudowy, opinie środowiskowe, zgody wodne, uzgodnienia, plany ogólne, plany miejscowe, pozwolenia, mapy, konsultacje, numer buta, dlugość fiuta... i na każdym etapie ktoś może powiedzieć „nie”. Bo przepisy. Bo plan. Bo wytyczna. Bo Natura 2000. Bo konserwator. Bo ktoś sie zesrał i trzeba to teraz zanotować, a sprawa Kowalskiego poczeka. To tak powinno być? No chyba kurde nie...
A teraz, kiedy od 2026 r. wchodzą plany ogólne, to ta iluzja właścicielska będzie jeszcze cieńsza. Wielu ludzi dopiero wtedy odkryje, że ma działkę tylko teoretycznie. Bo państwo uzna, że tu się nie buduje. I koniec. Żadnej dyskusji, żadnego odwołania do logiki, żadnego „ale przecież to moja ziemia”. Własność w Polsce kończy się tam, gdzie zaczyna się decyzja urzędnika.
Za dziesięć lat? Będzie jeszcze gorzej. Bo ludzie wszystko łykną. I dopóki nie zrozumieją, że ograniczone prawo własności to tak naprawdę brak prawa własności, nic się nie zmieni. Chyba że przyjdzie ktoś, kto ten system rozpierdoli i postawi od nowa — ale tacy ludzie w polityce się nie rodzą, tylko pojawiają raz na pokolenie.
Dlatego Drogi Czytelniku — jeśli mam Ci dać jedną, naprawdę praktyczną radę: występuj o warunki zabudowy TERAZ. Po Nowym Roku obudzisz się w kraju, w którym gmina powie Ci, co możesz, a czego nie możesz na swojej ziemi nawet zacząć planować. Masz WZ — masz pięć lat na załatwienie pozwolenia. Pozwolenie jest bezterminowe. Wytycz budynek, wpis geodety — i jesteś zabezpieczony. A potem możesz budować albo sprzedać działkę drożej. Ale jak nie złożysz WZ teraz, to za chwilę zostaniesz z pięknym widokiem na swoje pole… którego nikt nigdy nie pozwoli Ci ruszyć.
A jeśli miałbym dać Ci jedno ostrzeżenie: zanim coś kupisz, dowiedz się, co na tej ziemi wolno, a czego nie. I nigdy nie zakładaj, że skoro płacisz, to możesz. Bo w Polsce możesz tyle, ile pozwoli Ci państwo. A to jest największy dramat tego kraju.
Komentarze
Prześlij komentarz