Kara śmierci. Czy społeczeństwo ma jeszcze prawo wyznaczać granice?

🎧 Wersja audio wpisu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Drogi Czytelniku...

Dzisiaj chciałbym rozprawić się z tematem, który wraca w przestrzeni publicznej, jak bumerang, zazwyczaj po jakiś strasznych wydarzeniach. Chodzi o karę śmierci, która w Polsce nie funkcjonuje od 1998 roku. Wpis będzie długi, bo temat nie jest prosty, a chce poruszyć go z każdej strony, więc jeśli nie chcesz tracić czasu to zapraszam Cie na kilka pierwszych zdań wstępu. 

Zaczynając rozważanie na ten temat, od razu przedstawię swoje stanowisko. Nie będę udawał neutralnego. Jestem zwolennikiem kary śmierci dla najcięższych zbrodni. I im jestem starszy, im więcej widzę, czytam i słyszę o zwyrodnialcach, którzy torturują swoje ofiary bez celu, gwałcą dzieci albo świadomie odbierają innym człowieczeństwo, tym trudniej jest mi wierzyć w to, że każdy zasługuje na drugą szansę.

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie rozmowa Krzysztofa Stanowskiego z prof. Mateckim na Kanale Zero o karze śmierci. I muszę uczciwie przyznać jedno — to nie była głupia internetowa przepychanka. Wręcz przeciwnie. To była jedna z niewielu rozmów, gdzie obie strony próbowały naprawdę zmierzyć się z problemem, a nie tylko okładać hasłami. W moim odczuciu, bardzo dobra rozmowa. 

Bo prawda jest taka, że temat kary śmierci nigdy nie jest prosty.

Z jednej strony mamy argumenty przeciwników: pomyłki sądowe, polityczne nadużycia, historię niesłusznych wyroków, nieodwracalność kary.

To są argumenty bardzo poważne.

Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi zaczyna zadawać sobie inne pytanie, a mianowicie czy istnieją czyny, po których człowiek sam wyklucza się ze wspólnoty?

Czym innym jest człowiek, który popełnił błąd. Czym innym działanie w afekcie. A czym innym świadome, metodyczne krzywdzenie drugiego człowieka dla własnej satysfakcji. Właśnie tutaj zaczyna się problem, o którym współczesny świat coraz mniej chce rozmawiać.

Mam wrażenie, że dzisiaj dużo łatwiej mówi się o prawach sprawcy niż o cierpieniu ofiary.
Dużo łatwiej analizuje się psychikę mordercy niż tragedię rodziny zamordowanego dziecka.
Dużo częściej próbuje się tłumaczyć zło, niż jasno powiedzieć: „tego społeczeństwo nie powinno tolerować”.

Właśnie dlatego temat kary śmierci wraca regularnie. Nie dlatego, że ludzie nagle pokochali przemoc. Tylko dlatego, że coraz więcej ludzi przestaje wierzyć, że współczesny system sprawiedliwości naprawdę daje poczucie sprawiedliwości. Dlatego chciałbym spróbować spokojnie przeanalizować ten temat. Bez krzyku. Bez udawania eksperta od wszystkiego. Bez prostego „zabijać wszystkich” albo „wszyscy zasługują na drugą szansę”. Moim zdaniem problem jest dużo głębszy, a zaczyna się od bardzo prostego pytania:

Czym właściwie jest kara?

Zacząłem się też zastanawiać nad samym znaczeniem kary. Bo czym właściwie jest kara?

Najprościej mówiąc — kara polega na odebraniu człowiekowi czegoś wartościowego w zamian za popełnione czyny. Najczęściej jest to: wolność, czas, pieniądze, spokój, możliwość normalnego życia.

Dlatego istnieją więzienia, grzywny czy prace społeczne. Człowiek oddaje coś cennego, ponieważ przekroczył zasady obowiązujące w społeczeństwie. I właśnie tutaj zacząłem się zastanawiać nad jedną rzeczą. Czy współczesne więzienie dla najcięższych zwyrodnialców nadal jest najwyższym możliwym wymiarem kary?

Oczywiście — nie zamierzam udawać, że więzienie to hotel. To dalej jest kara. Odebranie wolności zawsze będzie czymś ciężkim.

Tylko... jednocześnie współczesny system penitencjarny wygląda zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu. Dzisiaj więzień ma dach nad głową. Jedzenie. Opiekę medyczną. Możliwość pracy. Kontakt ze światem. Ochronę. A czasami nawet większą stabilizację życia niż miał poza więzieniem.

I właśnie dlatego mam wrażenie, że dla części najgorszych przestępców sama utrata wolności przestała być czymś absolutnie ostatecznym. Bo człowiek najbardziej boi się utraty tego, co uważa za najwyższą wartość. Dla jednych będą to pieniądze. Dla innych czas. Dla jeszcze innych wolność. Ale ponad tym wszystkim stoi jeszcze jedna wartość:

życie.

I właśnie dlatego kara śmierci od początku cywilizacji była traktowana inaczej niż wszystkie pozostałe kary. Nie dlatego, że była wygodna. Nie dlatego, że była humanitarna. Tylko dlatego, że była ostateczna. I tutaj dochodzę do bardzo ważnej rzeczy. Moim zdaniem kara śmierci nie powinna być traktowana jako „straszak”. Bardzo często słyszę argument: „kara śmierci nie odstrasza”. Tylko czy każda kara musi odstraszać? Przecież dzisiejsze więzienia też nie odstraszają wszystkich. 25 lat więzienia nie odstrasza wszystkich. Bezwarunkowe dożywocie również nie odstrasza każdego. A mimo tego te kary istnieją. Bo kara nie służy wyłącznie odstraszaniu.

Kara ma również, a może przede wszystkim pokazywać granice. Ma być komunikatem społecznym:
„tego przekraczać nie wolno”.

I właśnie dlatego dla wielu ludzi kara śmierci nie jest narzędziem budowania strachu. Jest najwyższym wymiarem kary. Ostateczną granicą. Momentem, w którym społeczeństwo mówi: „są czyny, których nie zaakceptujemy nigdy”. I właśnie tutaj zaczyna się najtrudniejsze pytanie.

Czy istnieją zbrodnie, po których człowiek sam odbiera sobie prawo do dalszego uczestniczenia w życiu wspólnoty?

No i właśnie tutaj dochodzimy do rzeczy, która moim zdaniem jest dziś kompletnie pomijana. Bo kiedy słyszę: „państwo nie ma prawa odbierać życia”, to zawsze zadaję sobie jedno pytanie: czym właściwie jest państwo?

Bo państwo to nie jest święty twór stojący ponad ludźmi. To nie politycy w garniturach. To nie eksperci z telewizji. To nie celebryci komentujący wszystko od prawa po pogodę.

Państwo to społeczeństwo. Naród. Wspólnota ludzi żyjących według określonych zasad.

I właśnie dlatego od początku istnienia cywilizacji społeczeństwa wyznaczały granice tego, co uznają za dopuszczalne. Była banicja. Było wygnanie. Były publiczne kary. Były szubienice, ścięcia i wykluczenie ze wspólnoty.

Czasami okrutne. Czasami niesprawiedliwe. Czasami wręcz barbarzyńskie.

I nie twierdzę, że dawny świat był lepszy.

Bo nie był.

Ale dawny świat rozumiał jedną rzecz: wspólnota musi umieć powiedzieć „nie”. Nawet literatura świetnie pokazuje ten mechanizm.

Przypomnijmy sobie Jagnę z "Chłopów" Stanisława Reymonta, wywożoną na wozie z gnojem poza wieś Lipce. To nie było działanie państwa. To nie był wyrok sądu. To była decyzja społeczności. Wieś uznała, że nie chce jej dalej w swojej wspólnocie.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie: czy współczesne społeczeństwo ma jeszcze prawo wyznaczać jakiekolwiek granice?

Dzisiaj coraz częściej mam wrażenie, że wszystko próbuje się oddać ekspertom.
Wszystko ma być analizowane. Wszystko ma być tłumaczone. Wszystko ma być relatywizowane.

A zwykły człowiek coraz częściej słyszy, że nie ma prawa czuć gniewu. Nie ma prawa mówić, że coś przekroczyło granice człowieczeństwa. Nie ma prawa domagać się najwyższej kary.

Właśnie wtedy społeczeństwo zaczyna się buntować. Bo ludzie mają poczucie, że odebrano im nawet prawo do moralnej oceny zła.

Dlatego moim zdaniem tak ważne jest jedno:
o tak fundamentalnej sprawie jak kara śmierci powinno decydować społeczeństwo.

Nie politycy. Nie partyjne kalkulacje. Nie chwilowa moda ideologiczna. Nie ogólno pojęci eksperci

Tylko naród.

Bo to wspólnota musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chce dalej uważać ludzi popełniających najcięższe możliwe zbrodnie za część tej wspólnoty?

Zaznaczę jeszcze raz — nie chodzi mi tutaj o zemstę. Bo zemsta jest emocją chwilową. 

Tutaj chodzi o granicę. O moment, w którym społeczeństwo mówi: „są czyny, po których człowiek sam wyklucza się ze wspólnoty”. I właśnie dlatego temat kary śmierci nigdy nie zniknie. Bo to nie jest wyłącznie dyskusja o prawie. To jest dyskusja o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i gdzie wspólnota stawia swoją ostatnią granicę.

I mimo mojego stanowiska uważam, że przeciwników kary śmierci nie wolno wyśmiewać.  Bo oni mają jeden argument, którego nie da się po prostu zignorować.

Państwo może się pomylić.

A historia pokazuje, że pomyłki sądowe istnieją. Istnieją fałszywe oskarżenia. Istnieją wymuszone zeznania. Istnieją polityczne procesy. Istnieją medialne nagonki. Istnieją sytuacje, gdzie człowiek zostaje uznany za potwora, a prawda wychodzi dopiero po latach.

Właśnie dlatego kara śmierci jest czymś wyjątkowym. Bo jest nieodwracalna.

Człowieka zamkniętego w więzieniu można jeszcze uniewinnić. Można wypłacić odszkodowanie.
Można przyznać się do błędu. Ale martwego człowieka nie da się już przeprosić. I to jest argument naprawdę bardzo mocny.

Wystarczy przypomnieć sobie przypadki ludzi niesłusznie skazanych, którzy po wielu latach wychodzili na wolność.

Właśnie dlatego przeciwnicy kary śmierci pytają: czy państwo ma moralne prawo odbierać życie, skoro nie jest nieomylne? I szczerze? Rozumiem ten strach. Bo historia świata pokazuje, że władza bardzo często lubi przesuwać granice. Najpierw mówi się: „tylko dla najgorszych zwyrodnialców”. Później: „dla szczególnie niebezpiecznych”. A później nagle okazuje się, że definicja „wroga społeczeństwa” zaczyna się dziwnie rozszerzać. I właśnie dlatego wielu ludzi boi się oddania państwu prawa do zabijania. Bo historia zna przypadki systemów, które zaczynały od walki ze złem, a kończyły na eliminowaniu przeciwników politycznych.

I to też trzeba uczciwie powiedzieć, bo świat nie jest czarno-biały. Tylko że tutaj pojawia się kolejny problem. Mam wrażenie, że współczesny świat tak bardzo przestraszył się możliwości pomyłki, że coraz częściej boi się w ogóle jasno nazwać zło.

Wszystko zaczynamy tłumaczyć: dzieciństwem, traumą, psychiką, uwarunkowaniami społecznymi. I znowu — częściowo słusznie. Bo człowiek naprawdę bywa produktem własnego życia. Ale czy to oznacza, że każdą zbrodnię da się usprawiedliwić? Czy naprawdę mamy dojść do momentu, w którym nie wolno już powiedzieć: „tak, ten człowiek świadomie przekroczył granicę człowieczeństwa”?

I właśnie tutaj zaczyna się największy konflikt współczesnego świata. Między strachem przed okrucieństwem państwa… a strachem przed światem bez jakichkolwiek granic. Między obroną godności człowieka… a pytaniem, czy człowiek może sam tę godność całkowicie odrzucić swoimi czynami. I właśnie dlatego temat kary śmierci nigdy nie będzie prosty. Bo tutaj nie ścierają się tylko przepisy prawa. Tutaj ścierają się dwa zupełnie różne spojrzenia na człowieka, społeczeństwo i sprawiedliwość.

I właśnie tutaj dochodzimy do rzeczy chyba najważniejszej. Bo moim zdaniem temat kary śmierci nie wraca dlatego, że społeczeństwo staje się bardziej brutalne. Wraca dlatego, że coraz więcej ludzi przestaje wierzyć w sprawiedliwość. To jest ogromna różnica. Bo przeciętny człowiek patrzy dzisiaj na świat i coraz częściej ma wrażenie, że system bardziej przejmuje się sprawcą niż ofiarą.

Słyszy o prawach mordercy. O komforcie więźniów. O resocjalizacji. O terapii. O psychice sprawcy. A jednocześnie rodziny ofiar bardzo często zostają same z tragedią do końca życia. I właśnie wtedy rodzi się gniew. Nie dlatego, że ludzie kochają przemoc. Tylko dlatego, że zaczynają mieć poczucie, że świat zgubił gdzieś proporcje. Bo współczesny świat coraz częściej boi się jasno oceniać.

Wszystko musi być względne. Wszystko trzeba analizować. Wszystko trzeba rozumieć. Tylko że czasami zło jest po prostu złem.

I być może właśnie to najbardziej drażni dziś zwykłych ludzi. To poczucie, że coraz trudniej usłyszeć proste: „to było absolutnie niewybaczalne”.

Mam też wrażenie, że ogromny wpływ na to ma oderwanie elit od normalnego życia. Bo kiedy zwykły człowiek widzi brutalną zbrodnię, widzi potwora. A później w telewizji słyszy: „trzeba zrozumieć sprawcę”, „kara śmierci jest niehumanitarna”, „każdy zasługuje na drugą szansę”. I coraz więcej ludzi zaczyna zadawać sobie pytanie: a gdzie w tym wszystkim miejsce dla ofiary? Gdzie miejsce dla zwykłego człowieka, który chce po prostu żyć w świecie posiadającym jasne granice?

Bo prawda jest taka, że społeczeństwo potrzebuje poczucia sprawiedliwości. Nie zemsty. Sprawiedliwości. A kiedy ludzie zaczynają mieć wrażenie, że sprawiedliwość przestaje istnieć, wtedy zaczynają szukać rozwiązań ostatecznych.

I właśnie dlatego temat kary śmierci wraca regularnie w każdej epoce. Bo to nie jest wyłącznie dyskusja o zabijaniu przestępców. To jest dyskusja o tym, czy społeczeństwo ma jeszcze prawo powiedzieć: „istnieje granica, której przekroczyć nie wolno”. I być może największym problemem współczesnego świata nie jest już samo zło. Być może największym problemem jest to, że coraz bardziej boimy się nazwać zło po imieniu. A może (w mojej ocenie) nie umiemy pokazać gdzie się zło zaczyna, a gdzie powinno się kończyć, albo czym się kończyć... 

Kończąc swoje rozważania (jak ja to mówie - wypociny), nie twierdzę, że kara śmierci naprawi świat.

Bo nie naprawi.

Nie cofnie cierpienia. Nie odda życia ofiarom. Nie sprawi, że rodziny przestaną cierpieć. I rozumiem ludzi, którzy boją się pomyłek sądowych. Bo ten strach jest uzasadniony. Historia wiele razy pokazała, że państwo potrafi się mylić. A czasami potrafi być zwyczajnie brutalne.

Dlatego temat kary śmierci nigdy nie będzie prosty. Ale jednocześnie coraz częściej mam wrażenie, że współczesny świat bardziej boi się ukarać kata niż zapomnieć o ofierze. Jest to po prostu wygodniejsze.

I właśnie to budzi we mnie największy sprzeciw.

Humanizm bez granic bardzo łatwo zamienia się w system, który zaczyna bardziej chronić zwyrodnialca niż normalnego człowieka. 

A przecież społeczeństwo też ma prawo do obrony. Ma prawo wyznaczać granice. Ma prawo powiedzieć: „tego już nie akceptujemy”. I nie chodzi tutaj o zemstę. Nie chodzi o średniowieczne widowiska. Nie chodzi o satysfakcję z czyjejś śmierci.

Chodzi o odpowiedź na bardzo proste pytanie:
czy istnieją czyny, po których człowiek sam wyklucza się ze wspólnoty?

Moim zdaniem tak.

Są czyny, które społeczeństwo powinno piętnować. Są czyny, których nie powinno się tolerować.
Są też takie przypadki, które powinno się wypalać do gołego gruntu. I może zabrzmi to brutalnie, ale popadając trochę w religijny żargon — zło działa jak choroba.

Najgorsze przypadki są jak rak. Lekarz operując pacjenta nie otworzy go, nie spojrzy na przerzuty i nie powie: „a dobra, zostawmy to, nic gorszego już się nie stanie”.

Nie.

Lekarz próbuje ratować organizm. Wyciąć chorobę. Zatrzymać jej dalsze rozprzestrzenianie.

I właśnie tak postrzegam najcięższe zbrodnie.

Bo mam wrażenie, że współczesny świat coraz częściej boi się wycinać raka, a coraz bardziej skupia się na tym, żeby rakowi zapewnić możliwie komfortowe warunki istnienia… licząc, że może sam się wchłonie albo kiedyś zmieni.

Można się ze mną nie zgadzać. Można uważać inaczej. I dobrze, bo właśnie po to istnieje dyskusja.

Ale moim zdaniem problem zaczyna się wtedy, gdy współczesny świat tak bardzo boi się postawić ostateczną granicę, że powoli przestaje odróżniać ofiarę od kata.

I być może właśnie dlatego temat kary śmierci wraca regularnie.

Bo niezależnie od epoki ludzie zawsze będą zadawać sobie to samo pytanie: czy istnieje moment, w którym człowiek swoimi czynami sam odbiera sobie prawo do dalszego uczestniczenia w życiu wspólnoty? Bo być może największym problemem współczesnego świata nie jest już samo zło.

Być może największym problemem jest to, że coraz bardziej boimy się nazwać zło po imieniu.

Dzięki za poświęcony czas, do przeczytania ✋

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOŚP - coroczna wojenka o dobry uczynek

Centrum Odrodzenia Polski - Ochrona zdrowia w Polsce... Problem wołający o pomstę do nieba.

Duda - koniec kadencji