Kończą się złudzenia – felietonu część 1
Przez ostatnie tygodnie w polskiej polityce wydarzyło się tak dużo, że pojedyncze informacje zaczęły przykrywać szerszy obraz. Każdego dnia pojawiał się nowy spór, kolejna wypowiedź, następne weto, konflikt personalny albo dyplomatyczny gest. Media przechodziły od jednego wydarzenia do drugiego, nie zatrzymując się dłużej nad pytaniem, czy wszystkie te sprawy nie są przypadkiem elementami znacznie większej zmiany.
Bo mam wrażenie, że czerwiec i lipiec 2026 roku nie były jedynie kolejnymi miesiącami politycznej awantury. To był okres, w którym na naszych oczach zaczęły kończyć się złudzenia utrzymywane w Polsce przez ostatnie lata.
Kończy się złudzenie, że polska polityka zagraniczna może polegać na bezwarunkowym wspieraniu innych państw, a wdzięczność, wpływy i miejsce przy stole pojawią się później — niemal automatycznie.
Kończy się złudzenie, że wojna na Ukrainie na zawsze zamrozi wszystkie historyczne, gospodarcze i polityczne spory między Warszawą a Kijowem.
Kończy się również złudzenie, że podział polskiej sceny politycznej pozostanie niezmienny: Platforma kontra PiS, Tusk kontra Kaczyński, a wszystkie pozostałe partie będą jedynie dodatkami do tego konfliktu.
I być może kończy się jeszcze jedno złudzenie: że skoro Polska wydaje coraz więcej na obronność i jest jednym z najważniejszych państw wschodniej flanki NATO, to najważniejsi gracze europejscy zaczną traktować nas jak państwo współdecydujące o przyszłości regionu.
Polska pomagała, ale inni zaczęli rozmawiać ponad naszymi głowami
Jednym z najważniejszych wydarzeń czerwca nie była nawet konkretna decyzja, lecz obraz, który wielu Polaków mogło odebrać jako symbol naszej rzeczywistej pozycji.
Przywódcy Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec spotkali się z Wołodymyrem Zełenskim, aby rozmawiać o możliwym zakończeniu wojny i przyszłych negocjacjach z Rosją. Polski przy tym stole nie było.
Donald Tusk publicznie mówił później, że Polska musi uczestniczyć w rozmowach dotyczących Ukrainy, a ustalenia podejmowane bez naszego udziału nie mogą być dla nas wiążące. Krytykował format obejmujący Londyn, Paryż i Berlin, ale wykluczający Warszawę oraz Rzym.
Można oczywiście uznać, że był to wyłącznie jeden format spotkania i nie należy wyciągać z niego zbyt daleko idących wniosków. Można też jednak postawić znacznie mniej wygodne pytanie.
Jak to możliwe, że państwo, które od początku pełnoskalowej wojny było zapleczem logistycznym Ukrainy, przekazywało broń, przyjęło miliony ludzi, ponosiło ogromne koszty gospodarcze i polityczne, a jednocześnie tak mocno zaangażowało własne bezpieczeństwo w ukraińską sprawę — musi dziś dopominać się, aby w ogóle dopuszczono je do rozmów o przyszłości tej wojny?
To właśnie tutaj powraca problem, o którym pisałem już wcześniej. Polska bardzo często zachowywała się wobec Ukrainy jak przyjaciel, który najpierw daje wszystko, a dopiero później próbuje ustalić, co właściwie otrzyma w zamian.
Tyle że państwa nie mają przyjaciół w takim znaczeniu, w jakim mają ich ludzie. Państwa mają interesy, zobowiązania, przewagi i narzędzia nacisku. Jeżeli z własnej woli rezygnujemy z warunków, nie oznacza to, że druga strona doceni naszą szlachetność. Może po prostu uznać, że polskie wsparcie i tak będzie kontynuowane, niezależnie od tego, jak Warszawa zostanie potraktowana.
Relacje polsko-ukraińskie przestały być tematem, o którym można mówić wyłącznie dobrze
Napięcie między Polską a Ukrainą nie pojawiło się nagle w czerwcu 2026 roku. Narastało od dawna.
Najpierw mieliśmy spór o ukraińskie produkty rolne i interes polskich rolników. Później kolejne tarcia dotyczące transportu, handlu, pomocy socjalnej, ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej, oceny UPA oraz miejsca Polski w ukraińskiej polityce historycznej.
Przez długi czas wszystkie te problemy próbowano przykrywać jednym argumentem: trwa wojna, więc teraz nie jest odpowiedni moment.
Tylko że nieodpowiedni moment trwał już ponad cztery lata.
Punktem zapalnym stała się decyzja o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych nazwy związanej z „bohaterami UPA”. Prezydent Karol Nawrocki zareagował odebraniem Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. W odpowiedzi byli ukraińscy prezydenci i inni przedstawiciele ukraińskich elit zaczęli zwracać polskie odznaczenia.
To nie był już akademicki spór historyków ani kolejna ostrożna rozmowa o trudnej pamięci. Konflikt został wyniesiony na najwyższy szczebel państwowy.
Wołodymyr Zełenski bronił decyzji dotyczącej nazwy jednostki i przekonywał, że bez Ukrainy Polska nie będzie w stanie się obronić. Karol Nawrocki odpowiadał, że Polska nie zaakceptuje symboliki związanej z ukraińskim nacjonalizmem i zbrodniami dokonanymi na Polakach.
I właśnie ta wypowiedź Zełenskiego powinna zostać w Polsce potraktowana znacznie poważniej, niż została potraktowana.
Bo zdanie, że bez Ukrainy nikt nie będzie w stanie obronić Polski, można odczytać jako przypomnienie strategicznego znaczenia walczącej Ukrainy. Można jednak odczytać je również jako wyraz przekonania, że Polska jest Ukrainie bardziej potrzebna jako zaplecze, niż Ukraina potrzebuje Polski jako równorzędnego partnera.
To nie musi być zamierzona groźba ani próba upokorzenia. Ale pokazuje sposób myślenia, który od dawna budzi w Polsce narastający sprzeciw: Ukraina ma walczyć również za nas, więc Polska powinna zaakceptować niemal każdą decyzję Kijowa, powstrzymać historyczne żądania i nie stawiać warunków, ponieważ każda krytyka ma rzekomo służyć Rosji.
Taka argumentacja w praktyce oznaczałaby, że im więcej Polska zrobiła dla Ukrainy, tym mniej ma prawa wymagać.
Rząd próbował gasić konflikt, ale sam konflikt już wyszedł poza gabinety
Donald Tusk ostrzegał, że wchodzenie w otwarty konflikt między polskimi i ukraińskimi politykami jest strategicznym błędem, który może zaszkodzić obu państwom gospodarczo, geopolitycznie i wizerunkowo. Podkreślał, że nie zamierza podsycać napięcia i że interes Polski wymaga budowania możliwie dobrych relacji z Ukrainą.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa takie podejście jest zrozumiałe. Rosja rzeczywiście jest zainteresowana skłóceniem Polski i Ukrainy. Nie oznacza to jednak, że każdy spór z Kijowem został stworzony przez Moskwę, a każda próba obrony polskiego interesu jest automatycznie działaniem prorosyjskim.
To zbyt wygodny argument.
Rosja może wykorzystywać istniejące konflikty, ale to nie Rosja nadała ukraińskiej jednostce nazwę odnoszącą się do UPA. To nie Rosja przez lata utrudniała Polsce prowadzenie pełnych poszukiwań i ekshumacji ofiar. To nie Rosja decydowała o tym, jak ukraińskie elity będą budować własną politykę historyczną.
Nie można więc jednocześnie twierdzić, że Polska i Ukraina są równorzędnymi partnerami, a potem oczekiwać, że wyłącznie Polska będzie tonowała emocje, ustępowała i odkładała własne sprawy na później.
Partnerstwo nie polega na tym, że jedna strona ma obowiązek pomagać, a druga ma prawo decydować, które polskie problemy wolno poruszać i w jakim momencie.
Konferencja odbudowy Ukrainy pokazała, że za ideałami stoją również gigantyczne pieniądze
Dodatkowego znaczenia konfliktowi nadała organizowana w Gdańsku Konferencja Odbudowy Ukrainy.
Miała być jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych i gospodarczych w Europie. Przygotowywano setki umów i porozumień, a odbudowa Ukrainy może w przyszłości oznaczać kontrakty warte setki miliardów euro.
Właśnie wtedy szczególnie wyraźnie było widać, że relacje polsko-ukraińskie nie dotyczą już wyłącznie solidarności, bezpieczeństwa i moralnego obowiązku pomocy napadniętemu państwu.
Dotyczą również interesów.
Kto będzie odbudowywał Ukrainę?
Które państwa i przedsiębiorstwa otrzymają największe kontrakty?
Czy Polska, która poniosła ogromną część kosztów logistycznych i społecznych pomocy, będzie jednym z głównych beneficjentów odbudowy, czy ponownie okaże się krajem tranzytowym, przez który przejeżdżają towary, pieniądze i politycy zmierzający do Kijowa?
Nieobecność Zełenskiego na konferencji w Gdańsku, tłumaczona próbą ograniczenia napięcia, jeszcze bardziej podkreśliła, jak głęboki stał się konflikt. Ukrainę reprezentowała premier Julia Swyrydenko, a wydarzenie, które miało symbolizować strategiczne partnerstwo, odbywało się w cieniu wojny o pamięć, odznaczenia i wzajemny szacunek.
Wołyń przestał być sprawą, którą można bez końca odkładać
Lipiec przyniósł również powrót dyskusji o ludobójstwie dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach.
Sejm jednogłośnie przyjął uchwałę upamiętniającą ofiary zbrodni na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej oraz podkreślił znaczenie poszukiwań, ekshumacji i godnego pochówku zamordowanych.
Jednocześnie przedstawiciele ukraińskiego IPN zaczęli deklarować, że zgody na kolejne ekshumacje będą wydawane szybko, a prace mają być kontynuowane niezależnie od bieżących sporów politycznych.
To krok w dobrą stronę.
Ale po tylu latach problemem nie jest już wyłącznie wydanie jednej czy kilku zgód. Problemem jest to, czy Ukraina jest gotowa nie tylko pozwolić Polakom odnaleźć i pochować zamordowanych, ale również jednoznacznie nazwać sprawców, skalę zbrodni oraz odpowiedzialność ideologii, w imię której mordowano całe polskie wsie.
Ekshumacja nie może stać się zamiennikiem prawdy historycznej.
Nie wystarczy pozwolić rodzinom odnaleźć kości, jeżeli jednocześnie symbole organizacji odpowiedzialnych za zbrodnie będą w Ukrainie podnoszone do rangi symboli państwowego bohaterstwa.
Wewnętrzny konflikt między rządem a prezydentem również zaczął się zaostrzać
Na to wszystko nakłada się coraz wyraźniejszy spór między Donaldem Tuskiem a Karolem Nawrockim.
Nie dotyczy on już tylko personalnych uszczypliwości czy różnic ideologicznych. Dotyka polityki zagranicznej, relacji z Ukrainą, ustaw gospodarczych, kwestii społecznych, nominacji i kierunku funkcjonowania państwa.
Prezydent wetuje kolejne ustawy rządu. Rząd oskarża prezydenta o blokowanie zmian. Prezydent buduje własną pozycję jako polityk samodzielny, nieograniczający się do ceremonialnej roli głowy państwa. W lipcu jego działalność pozytywnie oceniało 56 procent badanych, co było jego najlepszym wynikiem od początku prezydentury.
W praktyce Polska coraz bardziej przypomina państwo posiadające dwa konkurencyjne ośrodki prowadzenia polityki.
Rząd chce utrzymywać możliwie bliskie relacje z Kijowem i unikać konfliktu, który mógłby osłabić regionalne bezpieczeństwo. Prezydent znacznie mocniej akcentuje pamięć historyczną, suwerenność oraz konieczność twardej reakcji na działania ukraińskich władz.
Nie chodzi nawet o to, który z nich ma całkowitą rację.
Problem polega na tym, że partnerzy zagraniczni mogą dziś pytać, kto właściwie reprezentuje stanowisko Polski: prezydent, premier, minister spraw zagranicznych, a może każdorazowo ten, kto akurat wypowiada się najgłośniej?
Bezpieczeństwo wróciło na pierwszy plan, ale nie przyniosło politycznej jedności
W czerwcu rząd rozpoczął działania zmierzające do utworzenia stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce.
Sama inicjatywa pokazuje, że Warszawa coraz poważniej traktuje możliwość długotrwałego zagrożenia ze strony Rosji. Polska wydaje ogromne środki na armię, kupuje uzbrojenie i próbuje trwale związać bezpieczeństwo kraju z obecnością Stanów Zjednoczonych.
Jednocześnie nie mamy w Polsce prawdziwego porozumienia dotyczącego tego, jak ma wyglądać polityka wobec Ukrainy, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych czy przyszłych negocjacji z Rosją.
W sprawach najważniejszych reagujemy doraźnie.
Jednego dnia słyszymy, że Ukraina walczy za całą Europę i należy wspierać ją bez względu na koszty. Drugiego dnia pojawiają się propozycje zablokowania jej drogi do Unii Europejskiej. PiS zapowiedział projekt uchwały sprzeciwiającej się członkostwu Ukrainy w UE, podczas gdy rząd utrzymywał, że sprawy historyczne muszą zostać rozwiązane, ale nie należy zrywać strategicznej współpracy.
To pokazuje, jak bardzo polska debata przeskoczyła z jednej skrajności w drugą.
Jeszcze niedawno każde pytanie o koszty pomocy Ukrainie traktowano niemal jak zdradę. Dziś coraz częściej mówi się nie tylko o stawianiu warunków, ale nawet o blokowaniu ukraińskiej integracji europejskiej.
Nie jest to wyłącznie efekt rosyjskiej propagandy.
To rezultat lat unikania uczciwej rozmowy o tym, czego Polska oczekuje od Ukrainy, jakie są nasze granice, jakie ponosimy koszty i co naprawdę rozumiemy pod pojęciem strategicznego partnerstwa.
Zakończenie
Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni, odnoszę wrażenie, że Polska znalazła się w momencie, w którym kończy się polityka oparta wyłącznie na emocjach i deklaracjach solidarności.
Przez ponad cztery lata dominowało przekonanie, że wszystkie trudne sprawy można odłożyć na później. Że najpierw trzeba pomagać, a dopiero po zakończeniu wojny rozmawiać o historii, interesach gospodarczych czy wzajemnych oczekiwaniach.
Dziś okazuje się, że odłożone problemy nie zniknęły. Wręcz przeciwnie – wracają jednocześnie.
Wraca temat Wołynia.
Wraca pytanie o miejsce Polski przy najważniejszych stołach negocjacyjnych.
Wraca dyskusja o tym, czy partnerstwo oznacza wzajemność, czy tylko jednostronne zobowiązania.
I wraca pytanie najważniejsze.
Jaką politykę wobec Ukrainy Polska chce prowadzić w kolejnych latach?
Nie politykę opartą na emocjach. Nie politykę budowaną na chwilowych nastrojach społecznych. Tylko politykę wynikającą z jasno określonego interesu państwa.
Bo niezależnie od tego, kto ma dziś rację w konkretnych sporach, jedno wydaje się pewne.
Kończy się okres, w którym można było udawać, że między Warszawą a Kijowem nie istnieją żadne poważne różnice.
A kiedy kończą się złudzenia w polityce zagranicznej, bardzo często zaczynają się również głębokie zmiany w polityce wewnętrznej.
I właśnie o tym będzie druga część tego felietonu.
Przez ponad cztery lata dominowało przekonanie, że wszystkie trudne sprawy można odłożyć na później. Że najpierw trzeba pomagać, a dopiero po zakończeniu wojny rozmawiać o historii, interesach gospodarczych czy wzajemnych oczekiwaniach.
Dziś okazuje się, że odłożone problemy nie zniknęły. Wręcz przeciwnie – wracają jednocześnie.
Wraca temat Wołynia.
Wraca pytanie o miejsce Polski przy najważniejszych stołach negocjacyjnych.
Wraca dyskusja o tym, czy partnerstwo oznacza wzajemność, czy tylko jednostronne zobowiązania.
I wraca pytanie najważniejsze.
Jaką politykę wobec Ukrainy Polska chce prowadzić w kolejnych latach?
Nie politykę opartą na emocjach. Nie politykę budowaną na chwilowych nastrojach społecznych. Tylko politykę wynikającą z jasno określonego interesu państwa.
Bo niezależnie od tego, kto ma dziś rację w konkretnych sporach, jedno wydaje się pewne.
Kończy się okres, w którym można było udawać, że między Warszawą a Kijowem nie istnieją żadne poważne różnice.
A kiedy kończą się złudzenia w polityce zagranicznej, bardzo często zaczynają się również głębokie zmiany w polityce wewnętrznej.
Komentarze
Prześlij komentarz